web analytics
Zaznacz stronę

Zaskakująco i interesująco. Tak w skrócie określiłabym nową obsadę na West Endzie.

Od dłuższego czasu kolejne osoby z westendowskiej obsady Phantom of the Opera oficjalnie informowały, że żegnają się z tytułem. Zadziwiające było to, że odchodzi aż tak duża liczba osób – wszystkie trzy Christine, Upiór i dwóch Raoulów. Rzadko zdarza się aż tak spora wymiana obsady. Wiadomym było, że Londyn szykuje jakąś dużą zmianę. I faktycznie, nowe nazwiska są niemałym zaskoczeniem.

Bena Forstera w roli Upiora zastąpi jego imiennik, znany z australijskiej wersji Love Never Dies, Ben Lewis. I nie, nie jest to żadna rodzina Norma Lewisa (tak, kiedyś ktoś zadał na serio takie pytanie). Gdy w 2012 na West Endzie w roli Christine obsadzono Annę O’Byrne, wiedziałam, że Ben jako Upiór w Londynie jest tylko kwestią czasu. Ogromnie jestem ciekawa, jak poradzi sobie aktorsko z oryginalnym Upiorem (śpiewa dobrze, więc o to się nie martwię). Jego kreacja Mr. Y w Love Never Dies jest wręcz legendarna. Stał się jednym z głównych memów w Phandomie, głównie za sprawą swoich oczu O_O (być może wzorował się na Sarze Brightman, nie wiadomo). Ciężko jednak na powiedzieć, na ile była to jego interpretacja, a na ile nakazy reżysera. Niemniej jednak uważam, że jest to osoba z potencjałem i nie obawiam się tego, co zaprezentuje w Londynie.

Sporym zdziwieniem jest obsadzenie dwóch klasycznych sopranów jako principal i alternate Christine. Nie przypominam sobie, aby ostatnio na West Endzie w tej roli można było usłyszeć kogoś, kto ma tak spore doświadczenie w operze. Zazwyczaj zatrudniano aktorki musicalowe, które średnio albo wcale nie radziły sobie wokalnie (a często również i aktorsko) z tą rolą. Wygląda to tak, jakby Londyn stwierdził, że czas pożegnać się z popowymi Christine, które brzmią zbyt jasno, zbyt piskliwie i zbyt płasko, a ponadto beltują. To nigdy nie była dobra droga, ponieważ to po prostu nie brzmi. Christine jest w końcu śpiewaczką operową i mniej więcej w taki sposób powinna być śpiewana (mniej więcej dlatego, że Upiór to jednak musical i – poza dwiema rolami – nie można go śpiewać czysto klasycznie). Nie ukrywam, że mam dość spore nadzieje, jeśli chodzi o Kelly Mathieson i Amy Manford. Oby tylko westendowska ekipa nie próbowała ustawić ich popowo (jak to się wcześniej bywało z klasycznie szkolonymi sopranami), ale może jednak w końcu poszli po rozum do głowy.

Nowy Raoul, Jeremy Taylor, jest natomiast aktorem musicalowym. Zagrał m.in. Fiyero w Wicked (wiem, że ludzie go chwalili). Myślę więc, że i tutaj nie mamy się czego obawiać. Trochę szkoda, że nie wzięli Alexandra Lewisa (tak, to prawdziwy brat Bena), który grał Raoula w Australii, bo byłoby to bardzo ciekawe, ale czasami po prostu nie można mieć wszystkiego.

Z obsadą Upiora na West Endzie bywało różnie, ostatnio jednak raczej gorzej niż lepiej. Wczorajsze ogłoszenie nowych nazwisk sprawiło jednak, że mam nadzieję, że w końcu będzie się można bardziej zainteresować tą produkcją. I kto wie, może ktoś z nowej obsady zasłuży sobie na miano najlepszej interpretacji danej postaci w historii. Tego im życzę i za to trzymam kciuki.