web analytics
Zaznacz stronę

Gdy rok temu w sierpniu ogłoszono nową obsadę na West Endzie, byłam w połowie zaskoczona, a w połowie miałam ha, tego się spodziewałam. Ben Lewis w ogóle mnie nie zdziwił, czego nie można powiedzieć o dwóch nowych Christine, bo w Her Majesty’s Theatre rzadko można spotkać w tej roli aktorki ustawione klasycznie. Już tych kilka faktów wystarczyło mi, żeby stwierdzić, że ta obsada na pewno będzie wyjątkowa i to raczej w tym pozytywnym znaczeniu. Ale i tak musiałam się o tym przekonać na żywo.

Spektakl miałam okazję widzieć 4 razy, za każdym razem z Benem w roli Upiora oraz po dwa razy z Kelly (23 i 26 czerwca) i Amy 25 i 29 czerwca. Tak się jakoś samo złożyło, że wyszło po równo. Niestety minęłam się tydzień z Bridget Costello, ale liczę na to, że jeszcze kiedyś na nią trafię.

Okej, to lecimy, już tradycyjnie, scena po scenie.

Auction
Spektakl zaczyna się bardzo spokojnie, bo od aukcji, która jest w dużym stopniu mówiona. Nie oznacza to jednak, że była nudna, wręcz przeciwnie! Oglądało się to naprawdę ciekawie, a nawet czuło się to napięcie, kto i za ile wylicytuje dany przedmiot.

Overture
Na pierwszym spektaklu, który widziałam, popłakałam się. Domyślam się, że były to emocje i wrażenia, że widzę ten spektakl na żywo, ale sama uwertura pod kątem sceny jest bardzo emocjonalna. Szczególnie, jeśli siedzi się na balkonie i ma się żyrandol dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Hannibal
To naprawdę brzmi jak próba opery. Nie ma tam nic popowego, a nawet nic, co wskazywałoby na to, że oglądamy musical. Chór brzmiał świetnie. Nieco gorzej było z baletem, bo odniosłam wrażenie, że można to było lepiej wyćwiczyć, ale na pewno nie było to złe wykonanie. Dyrekcja faktycznie wchodzi w środek próby i dość mocno w niej przeszkadza. Wszystko jest bardzo płynne, akcja leci do przodu, nie ma tutaj nic ze sztuczności.

Think of me
Zarówno Kelly, jak i Amy zbyt pewnie wyszły na środek i zaczęły śpiewać. Brakowało mi tego momentu zawahania i stresu, ale domyślam się, że po prostu na West Endzie zrezygnowali z tego od strony reżyserii.
Od strony aktorskiej u obu pań było bardzo dobrze – nie było wesołego skakania po scenie (jak to niektóre aktorki miały w zwyczaju), było wyraźne zrozumienie, że Think of me jest smutnym utworem, bo w końcu mówi o rozstaniu. Jeśli chodzi o śpiew, to nie mam nic do zarzucenia. Kelly zaśpiewała kadencję broadwayowską, natomiast Amy zdecydowała się na westendowską.
Widać też niesamowicie (i tutaj już bardziej taka uwaga ogólna, jeśli chodzi o wersję replica), jak bardzo dynamiczny jest to utwór i jak bardzo leci akcja do przodu. Jest jakaś chórzystka, która się denerwuje i chyba niezbyt coś umie, za dosłownie sekundę okazuje się, że śpiewa zdumiewająco dobrze i nagle z próby robi się spektakl. Pojawia się nowa postać (Raoul), dowiadujemy się, że on i Christine znają się z dzieciństwa i znowu wracamy na scenę, do Christine i bum, kadencja. Nie zdążysz nawet zauważyć, kiedy ten utwór się zaczął, tutaj już koniec. Jest to duża zasługa m.in. choreografii, która nie każe stać Christine na środku sceny i śpiewać. To powoduje, że w trakcie tej całej środkowej części widz się nie nudzi, bo cały czas coś się dzieje.

Angel of Music
Tutaj mamy idealny podział sceny, które doskonale się ze sobą komponuje. Po prawej stronie mamy garderobę, gdzie Christine rozmawia z Meg i przy okazji się przebiera (co też wprowadza pewien rodzaj dynamiki, a nie że sobie tylko stoją i śpiewają). A po lewej mamy próbę baletu żywcem wyjętą z obrazów Edgara Degasa.

Little Lotte
Próba baletu towarzyszy nam jeszcze podczas tej sceny i tak jak wcześniej, niesamowicie to się ze sobą komponuje.
Christine (obie aktorki) i Raoul wyraźnie się cieszą, że spotkali się po latach, z radością wspominają to, co było kiedyś, chociaż u Christine wyraźnie widać lekkie przerażenie, gdy odskakuje po przywitaniu. Kiedy Raoul proponuje wspólne wyjście, Christine jest już bardzo wystraszona i odmawia. Zagrane jest to bardzo dobrze. Ba, to nie jest zagrane, to jest przeżywane.
Jeśli ta scena zostanie położona aktorsko, to rzutuje to ogromnie na odbiór całego spektaklu. Nie tylko w przypadku relacji Raoul – Christine, ale też Upiór – Christine. Bo już kolejna scena może okazać się niezbyt zrozumiała.

The Mirror
Jest wkurzenie i scena zazdrości od strony Upiora oraz przerażenie pomieszane z ciekawością u Christine. Tak jak powinno być.
I taka ciekawostka – na drugim spektaklu z Kelly zdarzył się mały ups, bo rozwiązał jej się szlafrok. To oczywiście nic wielkiego, bo zdarzały się gorsze wpadki (np. Rachel Barrell i Think of me bez żadnej spódnicy), ale takie sytuacje jeszcze bardziej pokazują nam, że teatr jest na żywo i wszystko może się zdarzyć.

Title Song
Jakie wrażenie robi Title Song na żywo, a szczególności jezioro, łódź i kandelabry? Ogromne. Chociaż ja jestem już na tym etapie tej historii i tego spektaklu, że owszem, to było mocno zjawiskowe, ale nie zrobiło to na mnie takiego wrażenia, jak na kimś, kto ogląda ten spektakl po raz pierwszy. Co oczywiście nie oznacza, że scena jest zła (bo prawda jest taka, że wbija w fotel). To po prostu ja jestem innym przypadkiem.
To, na co ja na pewno zwróciłam uwagę, to fakt, że Christine wcale nie chce schodzić do żadnej piwnicy. Zatrzymuje się, odwraca (co wynika też przecież z tekstu utworu). Upiór ją wręcz zaciąga do swojego domu. Jezioro i cała ta oprawa robią na niej wrażenie, ale jest w tym mocny dystans połączony z przerażeniem.

Music of the Night
Nie wiem, czy kwestia akcentu Bena, czy może mój słuch nawala, ale za każdym razem słyszałam i to dość wyraźnie, że on śpiewa softly, deftly, music shall caress you, hear it, fear it, secretly possess you. Zamiana feel it na fear it jest bardzo znacząca i coś mi się jednak nie wydaje, żeby słuch mylił mnie aż cztery razy.
Christine ma wręcz odrzut, jeśli chodzi o Upiora. Nie ma tutaj z jednej strony żadnego zachwytu, żadnego podziwu. Owszem, jest zaintrygowana tym, co się dzieje, ale jest to raczej po prostu ciekawość połączona ze strachem. Widok lalki na końcu wręcz dosłownie ją wzdrygnął. Takie no nie, to może być jeszcze bardziej creepy?!

I Remember…./Stranger Than You Dreamt It
Scena demaskacji bardzo dobra, Ben wszystko zaśpiewał, a nie niepotrzebnie krzyczał (krzyk strasznie razi w tej scenie, bo pokazuje braki techniczne od strony aktorskiej). Christine za bardzo nie wie, co się dzieje, jest przerażona tym wszystkim. A gdy mu podała maskę z powrotem, to odniosłam wrażenie, że Upiór jakby do końca w to nie uwierzył.

Magical Lasso
Dopiero w teatrze zauważyłam, że Madame Giry obserwuje (i to wcale nie z daleka), jak Upiór odprowadza Christine na górę. A nawet może nie tyle obserwuje, co pilnuje, żeby nikt niepowołany ich nie zauważył.

Notes I
Listy, listy, każdy ma jakiś list i nikt za bardzo nie rozumie, o co chodzi. Wszystko tak, jak powinno być – i wokalnie, i aktorsko, więc niezbyt mam tu powód się rozpisywać.

Primadonna
Carlotta jakby na początku nie do końca przekonana, ale potem daje się przekonać. Idealne pod kątem wokalnym, nie ma żadnej kakofonii, każdy ma swoją partię, którą można bez problemu usłyszeć pośród innych.
I taka ciekawostka – na sam koniec opadła kurtyna i… ludzie zaczęli wychodzić. Myśleli, że skończył się akt.

Il Muto
Kolejna opera. Wszystko bardzo dobrze, konwencja typowo operowa. Naprawdę można przez moment pomyśleć, że jest się na zupełnie innym spektaklu.
I wszystko jest tak ładnie do momentu, w którym nie pojawia się Upiór. Christine jest oczywiście tym mocno poruszona, ale też wystraszona (na marginesie, zawsze mnie ciekawiło, ile czasu minęło od First lair do Il Muto).
Scena baletowa i moment morderstwa Buqueta są bardzo, bardzo creepy. Nawet pomimo tego, że nie widzi samej sceny uduszenia Buqueta, to jest wyraźny kontrast pomiędzy tymi młodymi dziewczynami na scenie, a tym, co się dzieje gdzieś na górze (i co sugeruje nam cień Upiora). W dodatku kukła Buqueta wygląda okropnie prawdziwie, jakby serio wisiał tam człowiek.

Why Have You…/All I Ask of You
Wyraźnie widać, że jest to dach Palais Garnier.
Christine jest przerażona, ale chciałam tutaj zaznaczyć, że nie jest to rodzaj takiego płaczliwego, dziecięcego strachu. Ona się boi, ale jednocześnie jest też zła na tę całą sytuację, ma dość Upiora i tego wszystkiego. Raoul w żadnego Upiora nie wierzy (chociaż cały czas się zastanawiam, czy on tak na serio, czy tylko próbował ją pocieszyć). Christine trochę za słabo się na niego wkurzyła na stwierdzenie there is no Phantom of the Opera, ale jakoś bardzo to nie raziło. Podczas przeszukiwania przez nich dachu, zaraz po what was that?!, Christine podbiega do krawędzi, jakby chciała skończyć. I to jest mocne.
A potem jest All I Ask of You i to, co mi się najbardziej tutaj rzuciło w oczy to fakt, że mamy dwójkę młodych, szczęśliwych ludzi, którzy są w sobie zakochani i właśnie się do tego przyznali. Oczywiście Christine też znalazła w kimś oparcie i pomoc, jednak wydaje mi się, że nie do końca to jest tutaj najważniejsze. Bardziej na pierwszy plan wybija się ich szczęście spowodowane tym, że właśnie się ze sobą zaręczyli.

All I Ask of You – Reprise
No i mamy taką szczęśliwą scenę z dwójką młodych ludzi, taki mocno pozytywny wydźwięk, a tu nagle bum, pojawia się Upiór. I to jest coś, co mnie uderzyło w teatrze – Upiór zaczyna mnie jakieś dziwne wyrzuty do Christine, że go zdradziła. Tylko że… ona mu nic nie obiecywała. Jest mocny kontrast pomiędzy szczęściem tej dwójki przed chwilą i samotnym Upiorem (i ma to spowodować, że będzie nam żal biednego Upiora, bo nikt go nie chce). Szkoda tylko, że Upiór nie pomyślał, żeby jakoś inaczej to rozwiązać, tylko wrócił i zrzucił żyrandol.
A właśnie, żyrandol. Leciał bardzo ładnie. To nie był taki sobie zjazd na sznurkach. On serio spadł. To robiło wrażenie.

Entr’Acte
To jest moment, gdy na widowni palą się jeszcze światła, a ludzie schodzą się na widownię. Taki utwór dla uspokojenia i uciszenia ludzi. Inaczej niż w Polsce, ale o dłuższe porównanie pokuszę się innym razem.

Masquerade
To zdecydowanie jest impreza. Jest kolorowo, dużo ludzi (a fakt, że część z nich to manekiny jest średnio zauważalny, bo za dużo się dzieje). Mamy Nowy Rok! Będzie on inny, lepszy, pomyślniejszy. A tutaj jednak nie, bo ktoś jeszcze przyszedł na imprezę. I chce, żeby wystawić jego operę. Bo tak. Bo napisał.
Moment wejścia Red Death, jak i sam kostium, robią bardzo mocne wrażenie. Widać, do czego nawiązywał Leroux, bo to naprawdę tak wygląda, jakby Upiór w tym stroju coś złego ze sobą przyniósł.

Notes II
Carlotta i Piangi oburzeni, że co to ma w ogóle być?! Scena kłótni pomiędzy Christine i Carlottą bardzo dobra, aż miałam wrażenie, że one by się pobiły, gdyby ktoś ich nie rozdzielił (w ogóle cały wątek rywalizacji pomiędzy nimi obiema jest świetnie przedstawiony, głównie dzięki aktorkom, ale o tym później).
Raoul jest strasznie zdeterminowany, żeby coś zrobić z Upiorem. Ma podejście, że teraz albo nigdy, a okazja sama do nich przyszła.
Scena, gdzie wszyscy naciskają na Christine, a na scenie jest jedna wielka wrzawa, jest okropnie mocna, jeśli chodzi o odbiór. Czuć tę presję, jaką ma na sobie Christine, jak w bardzo trudnej sytuacji się znalazła. To tłumaczy to, jak bardzo rozdarta jest w Twisted. A na końcu i tak wybiega z gabinetu, krzycząc I can’t.

A Rehearsal for Don Juan Triumphant
Świetna reakcja Carlotty, gdy Christine skończyła śpiewać swoją partię. Carlotta wydaje z siebie takie ironiczne aaa, jakby patrzyła na dziecko. Ogólnie jej postać jej wspaniale zinterpretowana, ale o tym później.

Wishing You Were Somehow Here Again
Kelly śpiewa początkowe in sleep he sang to me z mocnym wyrzutem i irytacją, u Amy aż tak tego nie słychać, jest bardziej stonowana. Odnośnie całego utworu powiem tak – jeśli widzieliście występ Kelly na tegorocznym West End Live, to zapomnijcie o nim, bo był bardzo słaby jak na nią. W teatrze pokazała się od dużo lepszej strony. To naprawdę był najważniejszy song Christine, moment, w którym dojrzewa. Ona przyszła na cmentarz i wyszła z niego jako ktoś zupełnie inny.

Wandering Child
W wersji trio. Bardzo dobrze zaśpiewane, żadnej kakofonii. A efekty pirotechniczne na koniec mocno przestraszyły ludzi.

Don Juan Triumphant/Point of no return
Wszystko tak, jak powinno być. Mamy operę, mamy Upiora, który udaje Piangiego i Christine, która długo nie ma o tym pojęcia. Ale gdy tylko wyczuwa maskę na jego twarzy, od razu próbuje uciekać, a Upiór dość brutalnie ją zaciągnął na środek sceny. I tutaj następuje moment, gdy Upiór jest osaczony i zaczyna powtarzać, nieco zmienione, słowa Raoula z dachu do Christine (i w tym momencie do niej dociera, że byli podsłuchiwani). Ben bardzo mocno zaakcentował save me, co wyraźnie pokazało, że Upiór próbuje wzbudzić litość u Christine, pokazać, żeby go uratowała nie tylko od samotności, która pada w dalszej części zdania, ale też od tej sytuacji, w której teraz się znalazł. I tutaj można się zastanawiać, dlaczego ona go zdemaskowała, ale myślę, że to temat na inny wpis.

Final Lair
W tej scenie bardziej ekspresyjna jest Kelly, ale nie mówię, że Amy była zła, bo była równie dobra. Ben też gra różnie, w zależności od aktorki – z Kelly jest bardziej brutalny, z Amy trochę się tonuje, ale nadal jest to brutalne.
Ben zagrał Upiora, któremu zupełnie puszczają nerwy w Finale. Kelly natomiast zagrała w takim sam sposób Christine – ona ma naprawdę tego wszystkiego już dosyć. Taki Finał już z założenia musi być mocny i taki właśnie był.
Upiór kilka razy bierze Christine za włosy, rzuca ją o ziemię (moment, gdy daje jej wybór i drugi przy make your choice), a gdy Christine staje w obronie Raoula, to tam mocno ją odpycha, że dobrze, że jest tam krata, to Christine miała się na czym zatrzymać. Ogólnie Ben gra bardzo brutalnego Upiora i widać, że nie jest to tylko gra aktorska, ale tam naprawdę jest siła fizyczna (raz Kelly tak mocno uderzyła głową o podłogę, że poniosło się po całym teatrze). Ben ma bardzo ciekawy moment tuż po raoulowym why make her lie to you, to save me? Otóż, podchodzi na sam przód sceny i zaczyna… uderzać się w głowę, jednocześnie krzycząc nooo! Może i brzmi to śmiesznie, ale na żywo robi to inne wrażenie. Jakby Upiór próbował się trochę sam uspokoić i ogarnąć. A tuż przed pocałunkiem, gdy jeszcze stoi tyłem do Christine, zaczyna płakać (i w tym momencie widać, że to jest ten Ben z Love Never Dies, ale nie piszę tego dla pośmiania się). I w tym momencie Christine go całuje. Najpierw raz, potem drugi, a potem on od niej odskakuje. Podbiega do organów, bierze świeczkę i podchodzi do Raoula. Widać, że ma niesamowity dylemat, co ma dalej zrobić – czy ma go zabić, czy może wypuścić. Stoi tak dość długo, ten dylemat go dosłownie fizycznie boli.
Gdy Christine (w wykonaniu Kelly) wraca z pierścionkiem, to całuje Upiora w dłoń. Ma to jednak zupełnie inny wydźwięk niż w przypadku Sierry. To, co zrobiła Kelly, było bardziej znakiem, że Christine wybaczyła Upiorowi.

Tyle, jeśli chodzi o przebieg spektaklu, teraz czas na resztę.

Ben Lewis – stworzył Upiora totalnie oderwanego od tego w Love Never Dies (a po tym, co zobaczyłam na żywo, jestem przekonana, że jego hm, kreacja w sequelu jest wynikiem tylko i wyłącznie reżyserii, a nie jego osobistych pomysłów). Jest agresywny, brutalny, ale w sposób bardzo realistyczny, nie ma w tym nic z overactingu. Nie gra też takiej postaci przez cały spektakl, nie krzyczy po pierwszej demaskacji, nerwy puszczają mu dopiero podczas Finału. Jest bardzo spójny w swojej interpretacji. Od strony wokalnej nie jest bardzo dobrze, jest wybitnie. I nie chodzi tutaj tylko o to, że ja wolę barytonów w tej roli. Nie było żadnego źle zaśpiewanego dźwięku czy jakiegoś niedociągnięcia. Nie był też walki z samym sobą, bo trzeba zaśpiewać jakiś dźwięk. Wszystko było bardzo lekkie. Dobrze się tego słuchało.
Krótko mówiąc, bardzo dobra interpretacja + wspaniały śpiew. Zdecydowanie jest to jeden z najlepszych aktorów w tej roli. Jedna z najlepszych interpretacji, o ile w ogóle nie jedna z trzech najlepszych. Ogromna szkoda, że we wrześniu odchodzi, ale liczę na to, że tylko chwilę i znowu będzie go można oglądać. Bo niestety rzadko można trafić na tak dobrego Upiora.

Kelly Mathieson – to nie jest Christine, która czuje cokolwiek do Upiora. To Christine, która ma tego wszystkiego dosyć i chciałaby w końcu zacząć żyć własnym życiem bez tego dziwnego człowieka z piwnicy. Na pierwszym spektaklu miałam wrażenie, że bardziej obudziła się w drugim akcie, ale gdy widziałam ją po raz drugi, oba akty były równe, więc chyba to była kwestia dnia i tego, że było to matinee. Od strony wokalnej jest naprawdę zachwycająca, szczególnie, jeśli chodzi o górne dźwięki. Dawno nie było kogoś tak dobrego w tej roli. Krótko mówiąc, nic dodać, nic ująć zarówno w kwestii interpretacji postaci, jak i śpiewu.

Amy Manford – bardzo podobna interpretacja do Kelly, z tą różnicą, że Amy jest mniej emocjonalna. Ona też ma dosyć Upiora (jak widać, obie aktorki są ustawione tak samo od strony reżyserskiej), ale w niektórych scenach nie gra aż bardzo ekspresyjnie jak Kelly. A jeśli chodzi o wokal, to słychać, że Amy ma jakby lepiej ustawiony głos, ale gorzej jej siedzą wyższe dźwięki (tutaj zdecydowanie lepsza jest Kelly), słychać to było szczególnie podczas wokalizy. Z drugiej jednak strony zaśpiewała naprawdę dobrze kadencję westendowską w bardzo fajnej wersji, która była bardzo lekka, jakby ten dźwięk sam z niej wylatywał bez jej pomocy. Podsumowując, świetna wokalnie i aktorsko.

Jeremy Taylor – na pierwszym spektaklu miałam wrażenie, że jest poprawny. Teraz domyślam się, że (tak samo jak w przypadku Kelly) była to kwestia matinee. Jego Raoul jest bardzo zaangażowany w to, żeby pozbyć się Upiora. Chce za wszelką cenę ratować Christine. Rzuciło mi się to w oczy nie tylko podczas Notes II, ale np. w czasie ustawiania warty przed Don Juanem. Był mocno przejęty całą tą sytuacją, wręcz zdenerwowany, czy wszystko pójdzie, jak trzeba.

Lara Martins – gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy, stwierdziłam, że aktorka jest znudzona tą rolą. Totalnie zmieniłam zdanie po drugim spektaklu. Jej Carlotta jest taka, jaka powinna być. Jest bardzo pewna siebie i swojego talentu, jak i osiągnięć. O całą tę dziwną sprawę z jakimś Upiorem oskarża Christine i jest głęboko przekonana o tym, że ma rację. Świetnie zagrana jest jej niechęć do panny Daaé. W Notes II, gdy wszyscy proszą Christine, żeby jednak się zgodziła, Carlotta jako jedyna stoi z boku i tylko się temu przegląda. Kojarzę, że inne aktorki w tej roli przyłączały się do tego, natomiast Lara po prostu obserwuje i ma minę, mówiącą, że nadal w to wszystko nie dowierza. Jej she is mad nie jest wypowiedziane z żalem czy nawet ironią, ono jest mocnym stwierdzeniem faktu, takim, który nie znosi sprzeciwu.

Reszty zespołu nie będę komentować osobno, bo nie mam nic szczególnego do powiedzenia poza tym, że byli bardzo dobrzy. Były dobre interpretacje, zero słabego aktorstwa czy śpiewu. Nie było to jednak też nic nadzwyczajnego w sensie, że w jakiś sposób się to wyróżniało na tle inny interpretacji, więc powiem tylko tyle, że było bardzo dobrze.

Scenografia i kostiumy
O tym mogłabym napisać osoby wpis, ale postaram się streścić. Nie od dziś wiadomo, że wersja replica ma przepiękne kostiumy i scenografię. I chciałam tylko potwierdzić, że w tym wypadku nie jest tak, że dobrze to wszystko wypada na zdjęciach, a na żywo jest już gorzej. W teatrze wypada to jeszcze lepiej! Nie trzeba być ekspertem, żeby stwierdzić, że jest to kawał dobrej i solidnej roboty. A jak jeszcze pomyślę, że niektóre produkcje mają jeszcze lepsze kostiumy (np. Star Princess, która na West Endzie ma dość… ciekawą wersję), to chyba nie jest w stanie sobie tego już wyobrazić, jak może być jeszcze lepiej.

W październiku miną 32 lata od premiery, która miała miejsce właśnie w Her Majesty’s Theatre. W żaden sposób jednak nie widać tego, że ogląda się tak wiekowy spektakl. Nie świadczy o tym nawet mechanika sceniczna, o której przecież ktoś mógłby powiedzieć, że teraz mogliby zrobić to lepiej. Pewnie by mogli, tylko po co? Całość wypada niesamowicie, a spektakl wciąż jest świeży. Wiele osób zresztą widziało go po raz pierwszy, o czym świadczyły reakcje widowni takie jak zdziwienie w wielu momentach czy uznanie, że przerwa jest po Primadonnie.

Nie jest to też lekki spektakl, chociaż na pierwszy rzut oka może się wydawać inaczej (bo, że tak stereotypowo i ironicznie powiem, to jest przecież musical!). To zdecydowanie nie jest historia, którą można sobie obejrzeć, gdy chce się obejrzeć coś wesołego i niewymagającego. To jest historia, która wręcz wypruwa psychicznie. Ale na tym zakończę, bo akurat na ten temat szykuję kolejny wpis, bo za dużo mam tutaj do powiedzenia.

Ben Lewis odchodzi we wrześniu (może wróci), tak samo jak Lara Martins, nie wiadomo, co będzie z resztą obsady. Jeśli tylko macie okazję, to jedźcie ich zobaczyć. Ja liczę na to, że Kelly i Amy zostaną jeszcze przynajmniej na rok, bo strasznie chciałabym zobaczyć je jeszcze raz na żywo. Jest to najlepsza obsada na West Endzie od lat, taki dreamcast, o którym nie miało się wcześniej pojęcia. I oby utrzymali taki poziom w Her Majesty’s Theatre. Bo aż chce się wracać i to niejeden raz.

 

PS. A gdyby ktoś wątpił, że jest to recenzja napisana po obejrzeniu czterech spektakli, to wrzucam bilety.