web analytics
Zaznacz stronę

Wicked nigdy specjalnie mnie nie interesowało. Sama wciąż nie dowierzam, że widziałam ten musical na żywo. Po prostu tak jakoś wyszło, że 22 czerwca zasiadłam na zielonej widowni Apollo Victoria Theatre.

Wiele lat temu, gdy zaczęłam interesować się musicalem w ogóle, to usłyszałam, że jest taki spektakl jak Wicked. A że wtedy chłonęłam wszelkie tytuły jak gąbka, to oczywiście odpaliłam cast recording. To, co usłyszałam, średnio mi się spodobało, mocno przeciętny pop i tyle. Nic, co chciałabym sobie zapętlać w kółko. Zerknęłam też na fabułę i ona również mnie nie porwała. Dałam jednak temu spektaklowi jeszcze jedną szansę i obejrzałam bootlega. Niestety, to nadal nie było to. Jakiś czas później przeczytałam książkę, która była pierwowzorem dla musicalu i to sprawiło, że jeszcze bardziej przestał mi się podobać ten spektakl.

W ubiegły piątek przeglądałam sobie stan biletów na West Endzie. The Phantom of the Opera mam zaplanowany na przyszły tydzień, bo dopiero wtedy udało mi się dorwać bilety, które by mnie satysfakcjonowały (mój wyjazd był bardzo spontaniczny i wiedziałam, że niestety muszę się z tym liczyć. A co do POTO – nie wytrzymałam i poszłam już wczoraj, miejsca niby nie do końca dobre, a okazały się wspaniałe). Okazało się, że na Wicked (w przeciwieństwie do innych spektakli) jest cała masa niesprzedanych miejsc i to całkiem dobrych (swoją drogą trochę nie wiem, jak ten spektakl się nadal utrzymuje). Nie zastanawiałam się długo i kupiłam bilety. Byłam ciekawa głównie efektów specjalnych, ale też kostiumów i scenografii na żywo. Czy naprawdę jest to aż tak spektakularne, jak mówią?

Niestety, nie jest. Ale może po kolei.

Wykonanie
Zacznę może od tej dobrej strony. Nie tyle nie mogę zarzucić nic aktorom, co muszę nawet przyznać, że wypadli bardzo dobrze. Obawiałam się trochę, że Alice Fearn może być niezbyt dobra wokalnie, bo na West End Live nie pokazała się z najlepszej strony. Okazało się jednak, że ten występ po prostu wyszedł jej źle – albo miała gorszy dzień, albo było to po prostu oszczędzanie sił przed dwoma spektaklami. Beltowała świetnie i to samo można powiedzieć o jej aktorstwie.
Sophie Evans jest dobrą Glindą (na marginesie powiem, że dosłownie o jeden dzień minęłam się Marią Coyne, która w czwartek zagrała swój ostatni spektakl). Do tej roli potrzeba lekkiego i jasnego sopranu o popowo-nosowej barwie. I pani Evans tak właśnie tę rolę zaśpiewała. Naprawdę dobrze się tego słuchało.
Nie będę się rozpisywać na temat reszty obsady, bo oni po prostu wypadli świetnie. Tańczyli dobrze, śpiewali dobrze, grali dobrze. Nie znalazłam nikogo, do kogo mogłabym się przyczepić. A to świadczy o tym, że spektakl od strony wykonawczej był na naprawdę wysokim poziomie.

Kostiumy
To nie są tanie szmatki uszyte po to, żeby aktorzy mieli coś na siebie ubrać. Widać od razu, że są to porządnie uszyte kostiumy. Nie będę teraz tutaj się rozpisywać jakoś bardzo szczegółowo, bo wszyscy wiemy, że wiele z tych kostiumów jest wręcz kultowych (jak np. bubble dress) i po prostu (z braku lepszego słowa) ładnych. Oczywiście są one różnorodne (np. mieszkańcy Emerald City), ale to norma, jeśli chodzi o musical na tym najwyższym, światowym poziomie, więc nie uważam tego za plus. To jest raczej coś, czego należy się spodziewać po tytule, który jest grany tyle czasu.

Scenografia
I tutaj to samo, co w przypadku kostiumów, więc się powtórzę – scenografia jest ładna. Ale czy robi jakieś ogromne wrażenie? Niestety nie. Nie było tam nic, co jakoś bardzo by się wyróżniało. Nawet ten smok był jakiś taki… był i tyle, nic nadzwyczajnego. Samo wykonanie scenografii oczywiście jest na jak najwyższym poziomie, ale jak już mówiłam wyżej – to już taki tytuł, że dziwne by było, gdyby było inaczej.

Efekty
Spodziewałam się czegoś lepszego i to duuużo lepszego. Mówi się, że Wicked jest znane głównie z tego powodu, że wręcz powala efektami. Ja się powalona nie czułam. Powiem nawet więcej – The Phantom of the Opera, który jest siedemnaście lat starszy od Wicked ma lepsze efekty. I mówię to całkowicie obiektywnie, a nie dlatego, że POTO to mój totalnie ulubiony musical. W Wicked jedyną sceną, która może dziwić efektami, jest Defying Gravity. Jednak za bardzo niczym nie dziwi, Elphaba po prostu unosi się w powietrzu (nie pamiętam już, czy jest to podnośnik czy zwykła lina, czy może jedno i drugie). Dużo bardziej spektakularny jest chociażby upadek żyrandola w POTO czy słynna scena z jeziorem, łódką i świecami. I to są sceny, które na długo zostają w pamięci, które wręcz zadziwiają, nawet jeśli widać, jak to jest zrobione. W przypadku Wicked takiego wrażenia niestety nie odniosłam.

Muzyka
Mnie nie porywa. Jak już napisałam wcześniej, przeciętny pop i to w dodatki taki, którego ciężko jest mi słuchać. Niektóre utwory są po prostu nudne (np. For Good). W pamięci pozostaje jedynie Defying Gravity i słynne Fiyeeeeeeeeeeeeeroooooooooo ze względu na belting. Ta muzyka po prostu jest, bardziej jako hm, coś w rodzaju tła, a nie wiem, czy to dobrze, jeśli chodzi o musical, który przecież jest gatunkiem teatru muzycznego.

Fabuła
Oj, tutaj mam bardzo dużo do zarzucenia. Głównie dlatego, że znam książkę Gregory’ego Maguire’a, która jest zupełnie inną historią. Maguire napisał mądrą książkę, która jest dającą do myślenia parabolą, a twórcy musicalu mocno to spłycili. Nie ma zgłębienia się w żaden wątek, jest tylko ślizganie się po nich, które powoduje, że całość nie do końca dobrze się klei. Widzi się też mocną różnicę pomiędzy pierwszym komediowym aktem i drugim, który jest bardziej poważny. Dziwią mocno żarty, które często padają w niezbyt odpowiednich momentach. Jest poważna atmosfera, np. w scenie rozmowy Elphaby z Czarnoksiężnikiem w drugim akcie, a tutaj nagle pada żart. Ot tak, dla rozładowania atmosfery. Tylko… po co? To wszystko sprawia, że cała historia, którą opowiedział Maguire, leży. Tutaj już nie ma żadnej paraboli. Jest próba stworzenia czegoś podobnego, ale zamiast iść bardziej w stronę książki, twórcy poszli w czystą rozrywkę. Dziwne rzeczy zrobiono też z postaciami – Glinda jest (co tu dużo mówić) idiotką, a Elphaba to biedna i niezrozumiana przez resztę świata zielona dziewczyna. A chyba nie do końca o to chodziło w oryginale. Głównie tyczy się to właśnie Elphaby, która miała być postacią, które wzbudza mocno mieszane uczucia (coś jak Upiór). Niestety w musicalu tego nie widać. Tam przekaz jest taki, że cały świat był zły i niedobry, a Elphaba była tą jedyną dobrą i sprawiedliwą. Hm, trochę ktoś się minął z przekazem. Nie wspomnę już o końcówce, która jest totalnie inna, a co za tym idzie – zupełnie zmienia całą historię.

Wicked nie jest wymagającym musicalem. Prosta, lekka historia z lekką muzyką. Widać to też było po widowni. W Apollo Victoria Theatre ludzie siedzieli z popcornem, napojami (również i piwem) w plastikowych kubkach czy lodami. Byli wyraźnie nastawieni na rozrywkę (nie mam nic do tego typu zachowania w teatrze, bo uważam, że im większy luz tym lepiej, jak dla mnie możecie jeść kebaby, dopóki będzie Was interesował spektakl, to jest okej). Inaczej natomiast było w Her Majesty’s Theatre – jedzenia i picia na widowni było dużo mniej, nawet w trakcie przerwy ludzie jakby mniej kupowali (a jeśli już, to dużo osób zjadło/wypiło na przerwie). Czuć było, że ludzie nie oczekują czegoś prostego, do czego mogą zjeść sobie popcorn.

Pomimo wszystko jednak polecam zobaczyć Wicked na żywo. Chociażby dla samego zobaczenia, jak to wygląda (no i też dlatego, że zapewne nigdy nie doczekamy się tego tytułu w Polsce). Ale jeśli macie do dyspozycji tylko jeden albo dwa wieczory w Londynie, to wybierzcie inny tytuł. Taki bardziej wymagający.