web analytics
Zaznacz stronę

Jeżeli zajmujemy się daną dziedziną, to musimy mieć w niej swoje autorytety. Kogoś, kto nas inspiruje i motywuje. Kogoś, kto pokaże nam, że uczymy się czegoś po to, by osiągnąć ten najwyższy poziom.

Ale w posiadaniu autorytetu nie chodzi o to, żeby kopiować to, co ta osoba zrobi. Nie chodzi też tutaj o bezmyślne wzorowanie się na kimś. W końcu, jeśli już jest jedna taka osoba, to po co druga taka sama? Autorytety są po to, żeby móc zobaczyć, jak to jest robić coś wybitnie. Nawet nie dobrze, ale właśnie wybitnie. Żeby przekonać się, że można robić coś jeszcze lepiej. Żeby, tak jak to jest w przypadku śpiewu, posłuchać kogoś i stwierdzić, że to jest właśnie ten poziom, który chcę osiągnąć.

Moja lista autorytetów nie jest zbyt długa. Wielu osób lubię słuchać i cenię sobie ich głos i technikę, ale nie nazwałabym ich moimi autorytetami. Bo czegoś im brakuje. Sama nie jestem w stanie powiedzieć czego, jest to po prostu chyba to magiczne Coś.

Moim pierwszym autorytetem była Sarah Brightman. Pamiętam, jak ją odkryłam na płycie z oryginalną obsadą Upiora i miałam takie ej, zaraz, to jest ta od „Time to say goodbye”? (swoją drogą, do dzisiaj szczerze nie znoszę tej piosenki). Byłam w szoku, że kiedyś brzmiała ona zupełnie inaczej. Wiele osób nie znosi dawnej barwy jej głosu i dlatego później, gdy zaczęła robić karierę solową w muzyce bardziej rozrywkowej, ustawiono ją w taki sposób, aby brzmiała tak, żeby wszystkim się podobało. Niestety razem z tym zniknęła jej technika, ale tak się dzieje, gdy próbuje się kogoś ustawić wbrew jego naturalnemu głosowi. Prawda jest jednak taka, że jest ona jedną z niewielu osób, które tak lekko i bez żadnej trudności potrafią zaśpiewać partię Christine Daaé. Nieważne, że to była rola pisana dla niej, bo Lloyd Webber na pewno tutaj dodał od siebie swoje trudności, jak to jest w przypadku innych damskich partii w jego musicalach. Wciąż lubię słuchać Brightman, a w szczególności jej The Music of the Night (tak, znowu utwór pisany dla niej) i dwóch pierwszych płyt. Uważam, że wtedy miała naprawdę świetną technikę, brzmiała świetnie i, co najważniejsze, lekko. I w sumie szkoda, że jednak nie udało jej się polecieć w kosmos.

A skoro już jesteśmy przy temacie The Phantom of the Opera, to muszę napisać o Rachel Barrell. Z nią było tak, że gdy posłuchałam jej po raz pierwszy stwierdziłam, że totalnie nie potrafi śpiewać, bo nie spodobała mi się jej pierwsza zwrotka Title Song. Potem jednak dotarło do mnie, że jest to jedna z najlepszych odtwórczyń Christine. Nikt nie śpiewa westendowskiej wersji kadencji w Think of me tak jak ona. W każdej frazie tej partii, w każdym takcie słychać, że nie ma ona najmniejszego problemu z tą partią. Wszystko jest lekkie. A do tego jeszcze ta interpretacja postaci i to aktorstwo. Nie chcę już mówić tutaj o jej wiktoriańskiej urodzie (i niesamowitym podobieństwie do Elżbiety Bawarskiej, ona powinna kiedyś zagrać główną rolę w Elisabeth!). Jej pozaupiorowa twórczość też świadczy o wręcz wybitnym warsztacie wokalnym, polecam chociażby jej wykonanie Green Finch and Linnet Bird. Niestety, ale zbyt wiele nie znajdziemy w internecie czy też na oficjalnych płytach, ponieważ Rachel wycofała się z kariery teatralnej. Zajęła się prowadzeniem szkoły, w której uczy tańca (jest też baletnicą). Dobrze jest wiedzieć, że takie osoby kształcą młodych ludzi, którzy być może za parę lat trafią na West End czy Broadway.
Rachel jest jedną z tych niewielu osób, które strasznie chciałabym kiedyś poznać na żywo. Ale nie po zdjęcie czy autograf. Po to, żeby powiedzieć, że jest dla mnie właśnie autorytetem. A jedna lekcja śpiewu u niej to już naprawdę byłoby dla mnie spełnienie marzeń.

Kolejne nazwisko będzie kontrowersyjne. W styczniu 2015 spowodowało wręcz rozłam w phandomie, a jego część straciła zainteresowanie produkcją na Broadwayu. Nie będę teraz wnikać w szczegóły, bo to nie wpis o tym, ale powiem tylko tyle, że sama początku byłam oburzona tym angażem. Potem jednak bliżej przyjrzałam się tej sprawie i cóż, okazało się, że nic nie jest takie czarno-białe. Ale na tym skończę ten temat.
James Barbour jest… hm, teoretycznie barytonem, ale według mnie ciężko jest go zakwalifikować jako jeden konkretny głos. Chwilami brzmi nawet nie tyle jak bas-baryton, ale po prostu bas. Górne dźwięki ma niesamowicie lekkie, ba, radzi sobie z nimi lepiej od niektórych tenorów. Doskonale śpiewa piano. Jako ciekawostkę dorzucę fakt, że gdy wiele lat temu był na castingach do Upiora, do roli Raoula i kazano mu zaśpiewać All I Ask of You, to oczywiście to zaśpiewał. Z tą różnicą, że w części duetowej zaśpiewał partię Christine. To jest nieprawdopodobne, że ktoś określany jako baryton jest w stanie tak śpiewać. No, ale z drugiej strony mówimy o kimś, kto z One Day More najbardziej lubi śpiewać rolę Cosette. Jest to osoba, która naprawdę zaskakuje wokalnie. To jest ten typ głosu, na który się reaguje w stylu ale zaraz, to nie jest playback?! Z jednej strony szkoda, że nie zdecydował się na karierę operową, bo jest wiele ról i arii, w których chciałabym go usłyszeć. Ale z drugiej strony wtedy zapewne nie dostałby roli Upiora. Na koniec jeszcze dodam, że Barbour w sumie też jest blogerem, motywuje innych, robi live’y, odpowiada na pytania. Bardzo ciekawie opowiadał na YouTubie o dwóch scenach z Upiora. Ogólnie bardzo fajna działalność. Inspiracji nigdy zbyt wiele.

Diana Damrau kojarzy nam się głównie ze wspaniałym wykonaniem Der Hôlle Rache w Royal Opera House. Sama trafiłam na nią właśnie przez to wykonanie. Nie dała się jednak zamknąć w tej jednej roli, jak to często bywa w przypadku sopranów koloraturowych, tylko poszła dalej, śpiewając wiele innych partii. Nie da się zaprzeczyć temu, że obecnie jest to najlepszy sopran koloraturowy na świecie. I posiada bardzo ciekawą barwę – jedni twierdzą, że to głos dramatyczny, a inni, że liryczny. Ja skłaniam się bardziej ku tej drugiej opcji, ale też nie jestem o tym do końca przekonana, bo są głosy jaśniejsze. Ale tak to już chyba jest, że te wybitniejsze głosy trudniej sklasyfikować, bo wymykają się one podstawowym normom. Czegokolwiek bym nie słuchała w wykonaniu Damrau, zawsze jest to doskonałe technicznie i interpretacyjnie wyważone. Nieważne, czy jest to Les oiseaux dans la charmilleO zittre nicht czy Wishing you were somehow here again.

Niewielu śpiewaków operowych radzi sobie z repertuarem musicalowym, a dowodem na to jest np. José Carreras. Jednak jeden walijski bas-baryton udowadnia, że można sobie poradzić zarówno z rolą Sweeneya Todda, jak i partiami wagnerowskim. Jest to Bryn Terfel. Jego wykonania songów musicalowych nie są operowe, a właśnie musicalowe. A potem włączasz sobie Don Giovanniego z Terfelem w roli głównej i słyszysz już zupełnie inne, operowe ustawienie. I tyczy się to też jego aktorstwa, bo to również się różni, jeśli chodzi o musical i operę. A on odnajduje się we wszystkim.
Trafiłam na niego parę lat temu za sprawą Fausta Gounoda w wersji z Royal Opera House z 2004, gdzie śpiewał partię Mefista. Przesłuchałam wiele wykonań tej opery i muszę przyznać, że to było najlepsze wykonanie, jakie kiedykolwiek słyszałam. A potem była ToscaDon Giovanni (w dwóch rolach oczywiście), Wagner (miałam nie iść na tę transmisję do kina, ale poszłam, bo dowiedziałam się, że będzie Terfel) i cała reszta. Później odkryłam, że śpiewa też musical i to zaskoczyło mnie już totalnie. Bo naprawdę nie wiedziałam, że można być tak elastycznym, jeśli chodzi o repertuar.

To wszystko, co napisałam, to jedynie skrót. Bardzo ciężko było mi napisać ten wpis, bo przy każdej osobie strasznie chciałam bardziej się rozpisać na temat ich głosu. Wyszedłby mi wtedy jednak tekst o takiej objętości, że czytalibyście to na raty przez kilka dni. Ale może kiedyś pokuszę się o taki cykl, bo pisania o śpiewaniu nigdy za dużo, o!

Miejcie swoje autorytety w dziedzinie, którą się zajmujecie. To naprawdę jest potrzebne. Dla własnego rozwoju, dla tej świadomości, że jest gdzieś jakiś poziom, który chcę osiągnąć. A potem bierzcie się do pracy i ten poziom osiągnijcie, no!