web analytics
Zaznacz stronę

To był listopad 2008. Chodziłam do pierwszej klasy liceum. Interesowałam się fizyką i z nią też chciałam związać swoją przyszłość. Pewnego dnia gdzieś w internecie trafiłam na czyjeś zachwyty nad pewnym filmem. Film zatytułowany był The Phantom of the Opera i był musicalem.

Powiem szczerze, że nie wiem, czemu zdecydowałam się go obejrzeć, bo nie dość, że nigdy wcześniej nie oglądałam żadnego musicalu, to jeszcze byłam przekonana, że ich nie lubię. Pożyczyłam płytę z filmem, ale przeleżała trochę czasu na półce. W końcu nadszedł pewien nudny listopadowy wieczór, kiedy stwierdziłam, że okej, pora obejrzeć ten musical. Włączyłam, obejrzałam i mną tąpnęło.

Ja wiem, że to może brzmi głupio, a nawet śmiesznie, ale tak właśnie było. Nigdy wcześniej żaden film, książka czy utwór muzyczny nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Dlatego nazywam to tąpnięciem, bo to słowo wydaje mi się najbliższe temu, czego doświadczyłam. A co konkretnie mną tąpnęło? Wszystko. A szczególnie muzyka i historia. Nie mogło mi to wyjść z głowy. To był dla mnie zupełnie inny świat. Świat bardzo fascynujący, ale również świat, którego jeszcze nie znałam. Aż się chce zaśpiewać let your mind start a journey through a strange new world… Myślę, że nie przesadzę, jeśli nazwę to przeżyciem mistycznym. Jeśli tak wyglądają objawienia czy inne przeżycia religijne, to nie dziwię się ludziom, że idą do zakonu albo seminarium.

Muzyka totalnie mnie zachwyciła. Słuchałam soundtracku non stop, jednocześnie chcąc, a właściwie to marząc o tym, żeby móc to zaśpiewać. Byłam jednak przekonana, że jest to jedno z tych niespełnionych marzeń – takich jak marzenie o nauce w Hogwarcie – bo przecież na pewno nie mam możliwości, żeby dać sobie radę z takimi utworami. Ba, ja się na pewno w ogóle do śpiewania nie nadaję.

Tak sobie powoli płynął czas. Ponieważ wtedy bardzo aktywnie siedziałam w fandomie potterowym, to Upiór na jakiś czas został odstawiony na bok. Przypomniałam sobie o nim we wrześniu 2009. Tym razem jednak zrobiłam research i odkryłam płytę z oryginalną obsadą. Przesłuchałam ją jeden raz i film od razu poszedł w odstawkę. Odkryłam również, że istnieje wersja polska, ale po zapoznaniu się z płytą, nagraniami video i recenzjami stwierdziłam, że jest słaba.

W listopadzie za sprawą dyskusji na jednym forum, wymieniłam kilka wiadomości z pewną użytkowniczką. W jednej z nich podesłała mi link do polskiego forum upiorowego. No i to się okazało moim gwoździem do trumny.

Z jakiegoś powodu to forum było nie do znalezienia. Wtedy wiele razy przeszukiwałam internet w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji po polsku o Upiorze, ale nigdy Google nie wyrzuciło mi adresu tego forum. Gdy w końcu na nie trafiłam, było już niestety w stanie agonii, ale najważniejsze, że było co czytać! Przeczytałam je od deski do deski, każdy temat, każdy post. To tam trafiłam na informację, że niejaka Susan Kay napisała książkę i że istnieje nawet polskie tłumaczenie! Od razu zabrałam się za lekturę.

Upiór Susan Kay mnie zachwycił. Uważałam, że to najlepsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Nie rozumiałam, jakim cudem nikt jej w Polsce nie chciał wydać! Przecież to arcydzieło! Oprócz tej książki, poznałam też różne inne adaptacje, głównie te filmowe. Obejrzałam pierwszego bootlega, na którym zobaczyłam, jak musical Lloyda Webbera wygląda w wersji scenicznej. Wtedy dotarło do mnie już tak zupełnie, jak genialny jest to musical i jak wspaniała i nie do przebicia jest wersja oryginalna. Wahałam się, czy nie wybrać się do Warszawy, żeby zobaczyć polską non-replikę (albo raczej movie-replikę). Stwierdziłam jednak, że skoro jest słaba, to szkoda pieniędzy na taką wycieczkę (Warszawa leży bardzo daleko od mojej miejscowości) i dałam sobie spokój.

Gdy już dość dobrze poznałam Upiora, przyszedł czas na operę. Zaczęłam oczywiście od Fausta Charlesa Gounoda. Potem był Mozart, Puccini, Verdi i cała reszta. Następnie zabrałam się za inne musicale. Pamiętam, że byłam strasznie rozczarowana, że żaden z nich nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Upiór. Nawet Taniec Wampirów, który wtedy strasznie uwielbiałam (i nadal uwielbiam).

W lipcu 2011 założyłam tumblra. Nie korzystałam jednak z niego prawie w ogóle. Zmieniło się to na początku października, gdy Upiór obchodził 25-lecie prapremiery. Odkryłam wtedy, że na tumblrze jest całkiem spory phandom i to w dodatku międzynarodowy. Oczywiście dołączyłam, nie było się nad czym zastanawiać! Dzięki temu zaczęłam jeszcze bardziej grzebać w tej historii.

W 2012 w końcu przeczytałam książkę Gastona Lerouxa. Szczerze mówiąc, to nie wiem, dlaczego tak się stało. Po prostu tak wyszło, że dopiero wtedy kupiłam polskie pełne tłumaczenie. Co prawda od trzech lat posiadałam angielską wersję, ale nigdy jej nie przeczytałam, bo wtedy mój angielski był na żenującym poziomie, a poza tym nie było to tłumaczenie pełne. W końcu jednak przeczytałam po polsku. I się rozczarowałam, co jest zupełnie normalne, gdy ktoś, znając tę historię z innych adaptacji, sięga po tę książkę.

Rok później napisałam moją pierwszą upiorową recenzję. Ludzie mówili, że to bardzo trafna i dobra recenzja, więc napisałam drugą. A potem trzecią i czwartą. Wszystkie wisiały sobie samotnie na moim starym blogu, na którym nic się nie działo. Trochę czasu upłynęło, zanim zdecydowałam, że fajnie by było zrobić coś więcej, tym bardziej, że pisanie tamtych recenzji to była czysta przyjemność. W końcu w 2014 roku podjęłam decyzję, że zakładam bloga, ale już takiego na serio. Właśnie go czytacie. Niedawno pojawiło się również forum. I nie wygląda na to, żeby to miał być koniec.

Przez te wszystkie lata zmieniłam podejście nie tylko do różnych adaptacji, ale również do całej historii. Pomiędzy mną teraz, a mną, która kiedyś zachwycała się filmem z 2004 roku, jest olbrzymia różnica. Książkę Susan Kay uznawałam kiedyś za arcydzieło, teraz mam o niej złe zdanie. Podobnie mam ze spektaklem na 25-lecie. Kiedyś go chwaliłam, teraz uważam, że jest bardzo słaby. Jedynie o książce Lerouxa mam lepsze zdanie niż kiedyś. Ba, uważam ją za najlepszą wersję, jaka jest, łącznie z musicalem Lloyda Webbera. Nie zmieniłam tylko zdania o Love Never Dies, ale od początku podchodziłam do tego musicalu negatywnie, więc to chyba nie dziwi.

A pomiędzy tym wszystkim jest jeszcze śpiewanie, o którym wspomniałam na początku. Ale to już inna opowieść, chociaż mocno z Upiorem Opery związana. Czasami się zastanawiam, gdzie to wszystko mnie zaprowadzi, bo wyraźnie gdzieś prowadzi. Mam nadzieję, że wkrótce się dowiem.