web analytics
Zaznacz stronę

Musical Andrew Lloyda Webbera The Phantom of the Opera znam od 10 lat. Przez ten czas zdążyłam naczytać się i nasłuchać wielu nieprawdziwych i krzywdzących opinii na temat tego tytułu.

Nie będę dzisiaj jednak omawiać ich wszystkich po kolei, bo wyszedłby wpis tak długi, że trzeba byłoby czytać go na raty. Dlatego dzisiaj chcę się zająć jedną z nich, tą najbardziej krzywdzącą. Tą opinią, którą słyszę najczęściej. I która z jakichś powodów (o czym za moment) jest bardzo popularna.

Phantom of the Opera to banalna historia. Kiczowata. Ckliwa. Prosty romans, nic skomplikowanego. Piękna i Bestia w trochę innym wydaniu. Typowy, a nawet wręcz harlequinowy trójkąt miłosny – on kocha ją, ona kocha jego, jest jeszcze ten trzeci, a to powoduje problem. Nic ciekawego, taka bajka dla dorosłych. Romansidło.

Za każdym razem, gdy czytam albo słyszę takie rzeczy, to nie dowierzam. Ludzie, wy tak na serio?

Od dawna, ba, od samego początku, od momentu, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z musicalem Lloyda Webbera, wiedziałam, że nie jest to kiczowata i prosta historia. Wiedziałam, że jest to historia trudna, taka, która nie tylko pozostaje na długo w pamięci, ale też po prostu męczy psychicznie.

Siedząc na widowni Her Majesty’s Theatre oczywiście się tego spodziewałam. Zdawałam sobie sprawę, że nie poszłam na komedię. Jednak po spektaklu byłam zaskoczona. Tym, że to jest tak bardzo cholernie ciężkie.

Ciężka jest historia Christine, młodej dziewczyny, która cierpi po stracie ojca (jest to depresja), a pewnego dnia trafia na Anioła Muzyki, który okazuje się być stalkerem i mordercą, mieszkającym w piwnicy i który dwukrotnie ją porywa, a potem stosuje wobec niej wręcz nieludzki szantaż. To chyba nie brzmi jak kiczowata historyjka miłosna.

Ciężka jest historia samego Upiora, który nie jest do końca postacią jednoznaczną. Jest winny wszystkiego, co zrobił, ale pytaniem jest, czy można go usprawiedliwiać poprzez fakt, że został odrzucony przez społeczeństwo? Mamy człowieka, który niemalże od zawsze mógł liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Kogoś, kto chciał po prostu normalnie żyć. To nie brzmi jak bajka, nawet taka dla dorosłych.

Ciężka jest historia Raoula, który nie dość, że zakochał się nieodpowiedniej osobie (mezalians), co trafił w sam środek niesamowicie trudnej i niebezpiecznej sytuacji, niemal przypłacając to życiem. To nie brzmi jak ckliwa historyjka.

Ciężka jest historia Carlotty, której jakiś dziwny facet z piwnicy zniszczył karierę, bo miał taką fanaberię, a na dodatek zamordował kogoś, kogo kochała. I nawet pomimo tego, że Carlotta jest przedstawiona jako postać negatywna, to to również nie brzmi jak bajka.

Ciężka jest historia dyrektorów, którzy – jak się potem okazało – odziedziczyli operę z niespodzianką. Bardzo niemiłą i niebezpieczną niespodzianką. Te dwie postaci są przedstawione raczej pod kątem komediowym w musicalu, ale nie oznacza to, że wszystko im się miło i wesoło układało. Znalezienie w budżecie opery 20 tyś. franków (to była naprawdę gigantyczna kwota) dla ducha, który ich szantażuje, nie jest prostą sytuacją.

Ciężka jest historia Piangiego i Buqueta, którzy nie przeżyli całej historii. Pierwszy z nich znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie, a drugi za dużo wiedział.

Ciężka jest historia Madame Giry i jej córki, nawet pomimo tego, że tak mało o nich wiemy. Madame Giry została postawiona w trudnej sytuacji, ponieważ całkiem sporo wiedziała o Upiorze, ale również śmiertelnie się go bała. Zdawała sobie sprawę z faktu, że jeśli pomoże tej drugiej stronie, to ona albo Meg mogą podzielić los Buqueta.

Te wszystkie historie, te wszystkie postaci nie składają się na coś, co można nazwać kiczowatym romansidłem. I widać to idealnie w replice, gdzie są sceny, które nie należą do tych mało wymagających, jeśli chodzi o widza. Wystarczy wspomnieć chociażby Final Lair, którego po prostu nie da się obejrzeć bez głębszych emocji. Sami aktorzy wielokrotnie wspominali o tym, że Phantom of the Opera to taki spektakl, po którym muszą się otrząsnąć emocjonalnie, że to nie jest rola, którą zostawiasz za drzwiami teatru i idziesz do domu. Jedna z aktorek, grających Christine na West Endzie, mówiła kiedyś, że dla niej tym momentem uspokojenia się i poukładania emocjonalnego była podróż metrem do domu.

Nie tylko Finał jest taki ciężki, tych scen jest więcej. Wspomnę np. moment podczas Notes II, kiedy niemalże wszyscy naciskają na Christine, żeby zgodziła się zaśpiewać w DJT i cały ten moment jej wewnętrznego rozdarcia, co ma właściwie zrobić. Albo chwila, kiedy w trakcie Point of no Return Christine orientuje się, że to Upiór jest z nią na scenie, i próbuje uciec (dwukrotnie!), ale nie może. Scena na dachu, a zwłaszcza jej początek – tam naprawdę jest strach i przerażenie. Z songów wymienić tutaj trzeba Wishing you were somehow here again, który do lekkich nie należy.

Ale właśnie, skoro ten spektakl tak wygląda, to skąd się biorą te wszystkie opinie o ckliwym romansie? Odpowiedzą na to jest fakt, że ludzie, którzy głoszą takie opinie zazwyczaj widzieli tylko film z 2004, spektakl na 25-lecie albo tę nieszczęsną polską wersję. Każda z tych trzech wersji ma już zupełnie inny wydźwięk, bo nie są one tym całym brilliant original, więc po prostu są to zupełnie inne spektakle.

Co więc jest nie tak z wersją polską? Wszystko. Odsyłam oczywiście do mojej recenzji, ale wiem, że ona jest straszliwie długa, więc postaram się to streścić tutaj.

Interpretacja postaci leży. Upiorowi zupełnie nie przeszkadza jego wygląd, nie ma on też żadnego konfliktu wewnętrznego, krótko mówiąc, jest to bardzo płaska postać. Taki (nawet niekoniecznie dziwny) romantyk przekonany o własnej wspaniałości, który mieszka w piwnicy i nosi maskę, bo tak jest bardziej cool. Christine jest baaardzo jednowymiarowa i nie jest niestety silną postacią. Nie widać też tego całego procesu jej dojrzewania, który jest tak ważny dla tego spektaklu. Krótko mówiąc, mamy disneyowską księżniczkę, a to wrażenie potęguje jeszcze ubieranie jej w krynoliny (najwidoczniej turniury nie są już takie cool). Do tego trzeba dołożyć takie interpretacje jak np. fałszująca i mocno przerysowana Carlotta, co nie dość, że jest żenujące (i nieśmieszne), co jeszcze sprawia, że cały spektakl ma wydźwięk dosłownie komediowy.

To wszystko + brak jakiejkolwiek reżyserii (o czym zaraz) powoduje, że całej historii po prostu brakuje logiki i sensu. Szczególnie w momentach, kiedy libretto mówi co innego, a na scenie dzieje się co innego. Dobitnym tego przykładem jest Finał, który jest – jak już pisałam wyżej – niesamowicie wyczerpującą emocjonalnie sceną. Niestety nie w polskiej non-replice, w której został on sprowadzony do tego, że trójka aktorów stoi w totalnie odległych sobie kątach sceny i śpiewa swoją partię patrząc w inną stronę. Nie ma pomiędzy nimi żadnej interakcji, niczego.

Disneyowski charakter całemu spektaklowi dodają kostiumy i scenografia. Kostiumy są wręcz przekrój kilku epok, ale najbardziej wrzuca się w oczy to niepotrzebne wciskanie krynolin, których wtedy już się przecież nie nosiło. W dodatku wszystkie kostiumy są w wyjątkowo pozytywnych kolorach, co przy tego typu projektach faktycznie może dawać poczucie kiczowatości. Tak samo jest ze scenografią, która – co tu dużo mówić – jest plastikowa i to na żywo naprawdę widać. Całość dopełnia jeszcze takie, a nie inne oświetlenie – proponuję porównać sobie Music of the Night (jak i w ogóle wygląd domu nad jeziorem). W wersji replica światło jest tak dobrane (a właściwie to brak tego światła), że widać ten mrok, widać, że to nie jest fajne i miłe miejsce, widać tę całą piwnicę, klimat tego jest taki, że czuć, że coś wisi w powietrzu. Natomiast w wersji polskiej mamy oświetlenie w kolorze niebieskim, ale jest to kolor za bardzo jaskrawy, za bardzo sztuczny, mi się osobiście kojarzy z rysunkami dziecięcymi. A w takiej sytuacji trudno oczekiwać mrocznego i niefajnego klimatu.

Podsumowując, cały spektakl można faktycznie odebrać jako coś kiczowatego. Postaci są mdłe, kostiumy nijakie i w pozytywnej kolorystyce, no faktycznie taki ckliwy romansik. I do tego taki mocno nierealistyczny, bo nie da się oczekiwać realizmu przy wszechobecnym plastiku.

Polska wersja była wzorowana na filmie z 2004, który faktycznie mocno odstaje od repliki. Problem z filmem leży jednak gdzie indziej niż w przypadku polskiej non-repliki.

Pierwsze skojarzenie, jakie się nasuwa w przypadku ekranizacji musicalu Lloyda Webbera, jest baśń. Wszystko jest utrzymane w mocno baśniowej stylistyce, mamy wręcz przeładowanie tego wszystkiego, co widzimy na ekranie. Krótko mówiąc, kicz. Tylko że tutaj to było zamierzone. Autorka kostiumów wypowiadała się, że chciała pokazać baśń, a nie coś realnego. I jeśli chodzi o to, jak wygląda ten film, to faktycznie, czuć ten baśniowy charakter. Sęk jednak w tym, że to jest tylko powierzchowne, że jak spojrzymy wnikliwiej, to zobaczymy, że pod tą całą warstwą ładnych kostiumów i scenografii kryje się naprawdę ciężka historia.

Filmowi zarzuca się dużo, głównie właśnie płytkość i przeinterpretowanie postaci. Ja polecam (o czym już kiedyś pisałam) obejrzeć sobie ekranizację jeszcze raz bez negatywnego nastawienia. Można wtedy dostrzec, że Emmy Rossum nie tylko jednak pokazuje jakieś emocje, ale jej Christine nie jest słaba i naiwna, a w dodatku chwilami okazuje Upiorowi tak bardzo oczywistą nienawiść, że nie ma żadnych wątpliwości, co do niego czuła (albo raczej czego, nie czuła). Gerard Butler nie zagrał Upiora – romantyka, jak to się często mówi, takie wrażenie jest raczej wynikiem tego, w co go ubrali i jak wygląda scenografia. Prawda jest jednak taka, że jego interpretacja jest cholernie dobra, a nawet lepsza niż niektórych aktorów w replice. Zagrał on i creepy stalkera, i człowieka wrażliwego. No i oczywiście muszę wspomnieć o tym, że jego Final Lair bardzo przypomina ten w wykonaniu Johna Owena-Jonesa, który bez wątpienia jest jednym z najlepszych Upiorów.

I jak spojrzymy sobie tylko na to – na interpretację postaci, całkowicie wyrzucając z głowy kiczowatą otoczkę tego filmu, to wtedy zobaczymy, że to jest ciężka historia. Trochę inna niż w replice (wprowadzono kilka zmian), ale nadal ciężka.

No i jest jeszcze znany wszystkim spektakl na 25-lecie. Możecie mieć wątpliwości, co on tutaj robi, skoro to przecież wersja replica. Ano nie, to nie jest i nigdy nie miała być wersja replica, czego potwierdzeniem są napisy początkowe. Jest to wersja inspirowana oryginałem, czyli tworzy zupełnie osobny byt. Kostiumy są takie same, scenografia… częściowo tak, ale z wielu rzeczy zrezygnowano bądź poprawiono je ekranami. A żyrandol to w ogóle wygląda zupełnie inaczej (i nie spada). Podobnie jest z reżyserią, część zostawiono, a część totalnie zmieniono, prawdopodobnie po to, aby móc to potem sprzedać w jednym pakiecie na DVD z Love Never Dies i żeby nikt nie dopatrzył się braku logiki pomiędzy tymi dwiema historiami.

Jednak to nie reżyseria jest tutaj winna. Ba, ona chwilami właśnie wyciąga z tej historii to, co najcięższe (np. to, jak Upiór dusi Christine podczas Finału). Winowajcą jest oświetlenie. Oryginalna wersja jest black boxem, co wskazuje na braki w oświetleniu sceny. Wystarczy spojrzeć na gabinet dyrektorów, żeby zrozumieć, o czym mowa – mamy biurko, krzesło, mamy drzwi (które w sumie nie są drzwiami tak naprawdę) i kotarę. Nie ma żadnego tła, niczego po bokach. Ten, że tak powiem, myk jest zastosowany w stosunku do całego spektaklu i to on wprowadza ten specyficzny, ciężki klimat. Natomiast w Royal Albert Hall było jasno. Za jasno. Z jednej i drugiej strony schody, na piętrze orkiestra i jeszcze publiczność, którą wyraźnie widać na nagraniu. To nie sprzyja wprowadzeniu mrocznego, tajemniczego klimatu. To wygląda bardziej jak koncert, jak próba przedstawienia jakiejś historii, ale niestety niezbyt udana.

Nie wymienię tutaj natomiast UK/US Tour, chociaż to też jest wersja mocno odstająca od repliki. Jednak jej plusem jest to, że reżyser, Laurence Connor, chciał pokazać tutaj mocno realistyczną wersję tej historii. Upiór jest tutaj bardziej przedstawiony jako normalny człowiek, nawet mieszka w czymś na kształt kawalerki. W Title Song widać, że oni schodzą serio do piwnicy, że są to bardzo techniczne miejsca w teatrze. Można tej wersji wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że wygładziła i złagodziła tę historię. Tam w wielu scenach jest brutalnie, czasami nawet jest to niezbyt na miejscu, jeśli chodzi o interpretację postaci (polecam obejrzeć Final Lair), ale na pewno nie jest to Disney. Tylko ciężka historia.

Ocenianie The Phantom of the Opera tylko na podstawie polskiej wersji, ekranizacji bądź 25-lecia jest, co tu dużo mówić, niesprawiedliwe. Oryginalna wersja nie ma nic z tym wspólnego. Christine nie jest disneyowską księżniczką, a Upiór nie jest typowym czarnym charakterem, tak samo jak Raoul nie jest księciem na białym koniu. Nie jest to prosty romans, który obejrzymy i o którym szybko zapomnimy. To historia, która zostaje na długo w pamięci, taka, która wrzyna się w mózg. A tych, którzy nadal nie wierzą, że to naprawdę ciężki spektakl, zapraszam do Her Majesty’s Theatre w Londynie lub do Majestic Theatre na Broadwayu.