web analytics
Zaznacz stronę

Od momentu, w którym stwierdziłam, że czas się zająć śpiewem na poważnie, chciałam jechać do Londynu na konsultacje. Nie miałam wtedy w głowie nawet żadnej konkretnej szkoły (to przyszło z czasem), była tylko świadomość tego, że z jakiegoś powodu mnie tam ciągnie, jakby to było właściwe dla mnie miejsce. Wiedziałam, że jest to coś, co musi znaleźć się na mojej śpiewającej drodze. Bo od takich konsultacji się przecież zaczyna, to podstawa podstaw.

Miałam ochotę od razu kupić bilet na samolot i lecieć. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że wyjazd musi poczekać. Najpierw musiałam umieć coś więcej, bo wiedziałam, że trzeba się przygotować. Tym bardziej, że przecież chodzi o konsultacje w jednej z najlepszych uczelni muzycznych na świecie. To brzmi poważnie. I bardzo ambitnie.

Ciągle jednak czułam, że to jeszcze nie ten moment, że jeszcze muszę to przełożyć, muszę poczekać. Tak było do tego roku, gdy po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że najwyższy czas spakować walizkę i jechać do tego Londynu, zobaczymy, co mi powiedzą.

Na samym początku, przy wejściu spotkała mnie niespodzianka, której nie ma na polskich uczelniach. Okazało się, że nie można sobie ot tak wejść do Royal College of Music. Nie wystarczyło, że na wejściu powiedziałam do kogo idę i po co, musiałam pokazać jakiekolwiek potwierdzenie (w tym wypadku to był mail). Dla zwykłego turysty jest to miejsce niedostępne. Nie uważam tego za złe, bo studenci chociaż mają spokój i mogą się normalnie uczyć, czego nie można powiedzieć np. o akademikach w Oxfordzie, gdzie zwiedzający są nagminni i niestety, ale nie jest to fajne. Idziecie sobie z praniem, a tu bum, robią sobie zdjęcia.

Konsultacje przebiegły baaardzo pozytywnie. Nie chodzi mi tutaj tylko o to, co usłyszałam, ale o samą atmosferę i podejście. Odniosłam wrażenie, że gdybym przyszła totalnie nic nie umiejąc, to nie usłyszałabym żadnego przykrego słowa.

Na samym początku padło pytanie, dlaczego tutaj jestem i czego chcę się dowiedzieć o swoim głosie. Potem zaśpiewałam trzy wybrane przeze mnie utwory i dalej już samo poleciało. Była rozmowa, były konkretne wiadomości, bardzo przydatne ćwiczenia i rady, można było zadać tyle pytań, ile się chciało, a i tak pan profesor co chwilę pytał, czy może mam jeszcze jakieś (i jeszcze to, jak się w kółko upewniał, czy wszystko rozumiem, skoro angielski nie jest moim ojczystym językiem).

Bardzo spodobało mi się ich podejście do śpiewu, sposób, w jaki profesor o tym mówił. Nie było to takie sobie opowiadanie o jakimś tam śpiewie. Nie było w tym nic przypadkowego. Była za to pasja. I w sumie nie powinno to dziwić, bo pasjonat na stanowisku szefa wydziału wokalno-operowego w jednej z najlepszych szkół tego typu na świecie to coś zupełnie normalnego, ale jednak lekko mnie to zaskoczyło. Być może dlatego, że mało jest osób, które potrafią w taki sposób mówić o muzyce, o śpiewie. Nie chodzi tutaj tyle o dobór słów czy ogólnie o wypowiedzi (które też były zupełnie inne, tak jak i sposób tłumaczenia). Gdy rozmawiasz z pasjonatem to to czujesz. Po prostu wiesz, że ta osoba ma pasję nawet wtedy, gdy rzuci krótkie lubię śpiewać.

Niesamowicie wiele mi te konsultacje dały. Były jednym z ważniejszych wydarzeń na mojej śpiewającej drodze. Dowiedziałam się naprawdę dużo, co wciąż mnie zadziwia, bo to była tylko godzina. Dostałam nie tylko opinię, jeśli chodzi o mój głos i to, jak śpiewam, ale też konkretne ćwiczenia i rady, które mają pomóc mi naprawić moje błędy. Jeśli tylko się do tego wszystkiego zastosuję (a chyba nie muszę nawet mówić, że na pewno tak zrobię), to będzie tak dobrze, jak jeszcze nigdy nie było.

Ale te konsultacje to nie tylko kwestia śpiewu. To też fakt, że mi się udało. Ja uważam, że to były aż konsultacje. Nie każdy ma na tyle odwagi, żeby jechać na uczelnię o światowym poziomie i kazać się oceniać. I to jeszcze w momencie, gdy dobrze się wie, że jeszcze nie jest się ukończonym produktem. Że jeszcze wiele pracy trzeba poświęcić, aby to śpiewanie było takie, jakie być powinno. Że jeszcze nie jest to wszystko do końca oszlifowane.

Mogłam się w każdej chwili zawahać, mogłam to w każdej chwili odwołać i w sumie to nie straciłabym na tym żadnych pieniędzy (za konsultacje płaci się w trakcie). Wystarczył jeden mail, że przepraszam, ale mnie nie będzie. Nie zrobiłam tego jednak. Bo wiedziałam, że to ważny moment na mojej drodze, przez który muszę przejść. Mogę się przed nim zatrzymać, ale to spowoduje, że nie pójdę dalej, nie będę się rozwijać. A wtedy to mogłabym rzucić to całe śpiewanie w cholerę, bo i tak nic by z tego nie było.

Teraz jestem już dalej na mojej śpiewającej drodze. Mam swoje marzenia, do których spełnienia dążę i będę dążyć, a konsultacje w Royal College of Music udowodniły mi, że wszystko jest w zasięgu ręki. Trzeba tylko zdać sobie z tego sprawę.