web analytics
Zaznacz stronę

15 marca 2008 zaczęło się w Polsce prawdziwe a disaster beyond imagination i trwa ono sobie do dziś (z przerwami oczywiście). Mowa o polskiej non-replice albo może raczej movie-replice.

Napisanie tej recenzji zajęło mi okropnie długo czasu, bo minął już prawie miesiąc, jak zobaczyłam na żywo polską wersję. Po spektaklu zrobiłam sobie notatki, żeby o niczym nie zapomnieć, i cóż, tak sobie te notatki leżały. Ale tak to już jest z traumami, że ciężko się do nich wraca, a ten spektakl naprawdę był dla mnie traumą.

Ogromne podziękowania należą się Aleksandrze, która wspierała mnie w trakcie oglądania spektaklu, a także pomogła napisać poniższą recenzję.

Aukcja
Aukcja, która była prowadzona do nikogo. Aukcjoner zwracał się do widowni, a więc do jakichś wyimaginowanych ludzi, bo wśród publiczności nie było nikogo podstawionego (a mogli tak zrobić, bo wtedy naprawdę wyszłoby to bardzo fajnie).
Melodia pozytywki była tak bardzo zwolniona, że ledwie było słychać główny motyw.
Po pokazaniu żyrandola i słynnym panowie jest krótka przerwa (nie wspomnę o tym, że to panowie było powiedziane zupełnie bez energii), więc nie było, tak jak w wersji replica, żadnego efektu, jeśli chodzi o rozpoczęcie się uwertury.

Uwertura
Przyznam się, że się spodziewałam, że uwertura na żywo zrobi na mnie wrażenie, a tu nic, kompletnie nic. Często oglądając bootlegi z repliki i to nawet z mocno ściszonym dźwiękiem, można mieć wręcz ciary podczas uwertury, a tutaj nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Orkiestracja była dziwna, w pierwszej części za bardzo wybijała się gitara elektryczna, a potem pojawiła się bardzo głośna perkusja, która zrobiła z tego utworu jakieś disco.
Bardzo fajnym pomysłem było zrobienie w tle projekcji z Palais Garnier. Podczas aukcji był to czarno-biały obraz, który w trakcie uwertury zrobił się kolorowy. Minusem jednak było to, że projekcja była niewyraźna.

Próba Hannibala
Na samym początku słyszymy dźwięk zagrany na fortepianie, tak jakby chcieli pokazać, że Carlotta sobie bez podania tonacji nie poradzi. To pojedyncze dwukreślne c zupełnie tam nie pasuje i to słychać.
To była najgorsza kadencja Carlotty, jaką słyszałam. Wiem, że aktorka potrafi śpiewać, więc domyślam się, że to fałszowanie jest pomysłem reżysera, co zresztą potwierdza dalsza interpretacja tej postaci w spektaklu.
Chór nie brzmi jak chór opery.
Balet jest grany w zbyt szybkim tempie.
Wspomnij mnie Carlotty jest tak rozciągnięte, że myślałam, że będzie trwało do północy co najmniej.
Na Carlottę dosłownie spada kawałek materiału i ona potem spod niego wychodzi przez dłuższą chwilę. Wiecie, taki element komiczny na siłę.
Nie wiem, czemu nazwisko Buquet wymawiają jako Bique.
Reakcja Carlotty jest zbyt przerysowana.
Madame Giry nie czyta żadnego listu, tylko recytuje z pamięci.

Wspomnij mnie
Przesłuchanie Christine na próbie jest straszliwie rozwleczone. Wygląda to tak, jakby wszystkim tam zależało, żeby ona sobie poradziła, więc jej pomagają. Ja zdecydowanie wolę, jak reszta ma podejście ona sobie i tak nie poradzi, bo wtedy Christine faktycznie wszystkich zaskakuje.
Dalsza część, ta już nie na próbie, jest po prostu nudna. Christine stoi i śpiewa, nic więcej, żadnej choreografii. Kostium ma oczywiście totalnie niezwiązany ze spektaklem, ale chcieli skopiować film.
Powtórzony został również inny błąd z filmu – Raoul siedzi w loży numer 5 (na marginesie, ona jest z drugiej strony sceny, gdyby ktoś nie wiedział, a ponoć polska ekipa była w Palais Garnier). Nie ma to dla mnie sensu, bo podczas Il Muto Upiór robi aferę, że ktoś zajął jego lożę, a w Hannibalu mu to nie przeszkadza. W dodatku w tej loży pojawią się chwilę później dyrektorzy i wygląda to tak, jakby zjawili się w środku albo pod koniec spektaklu.

Anioł Muzyki
Madame Giry wręcza Christine różę, oczywiście wiadomo od kogo. Zupełnie tak jak w filmie.
List od Raoula jest ogromny, to chyba po to, żeby w ostatnim rzędzie zauważyli. Wyglądało to wręcz śmiesznie.

Mała Lotta/Lustro
Christine się nawet przez moment nie zastanawia, tylko od razu rozpoznaje Raoula.
Pomiędzy wszystko się zmieniło a odezwaniem się Upiora jest instrumental, identycznie jak w filmie. No i kolejny fajny efekt został zepsuty.
Upiór w ogóle nie jest wkurzony, śpiewa to wszystko zupełnie bez emocji.
Upiór staje się widoczny w lustrze (które wygląda bardziej jak portal) zbyt późno, bo dopiero na jestem Aniołem Muzyki. Jest to bez sensu, bo on powinien być widoczny zaraz po w lustrze dojrzysz mnie.
Christine przechodzi przez lustro sama i nie wiadomo w ogóle dlaczego. Nie widać u niej żadnego transu ani nic takiego. Robi to już na pierwszym jestem Aniołem Muzyki, a zaraz potem widzimy, jak za lustrem Upiór ją obejmuje i przez moment wygląda to tak, jakby mieli się pocałować. Jest to mocno nie na miejscu.
Podczas drugiego jestem Aniołem Muzyki pojawiają się bardzo głośne organy, które zagłuszają nieco Upiora. Po co?
Ostatni dźwięk brzmi zbyt długo, a przez to nie ma elementu zaskoczenia i początek utworu tytułowego nie robi wrażenia.

Upiór (tej) Opery
To pierwsze przejście przez proscenium jest nieco dziwne, ale niech będzie.
Potem kurtyna się podnosi i jest coś bardzo fajnego – są schody i to bardzo wysokie, a w tle widać projekcje z piwnic w Palais Garnier (niestety te są również niewyraźne, ale to pomińmy). Muszę przyznać, że bardzo, bardzo mi się to spodobało. Niestety za moment cała atmosfera znika, bo pojawiaja się kandelabry, a przy nich jacyś ludzie. Naprawdę potrzebowali techników, żeby je przesuwali na scenie? Wygląda to okropnie.
Płynięcie łódką trwa bardzo krótko, a w dodatku prawie tej łódki nie widać.
Cały utwór tytułowy jest śpiewany na żywo, co mi się podoba (chociaż nigdy nie miałam nic przeciwko playbackowi w wersji replica), ale jednak sama wokaliza albo przynajmniej jej ostatni dźwięk powinien być z playbacku. On nie był zaśpiewany, on był wykrzyczany i zupełnie oderwany od reszty.

Noc muzykę gra
Pomijam ten pornograficzny tekst, bo tłumaczeniem zajmę się później.
To było po prostu nudne, tyle mogę powiedzieć. Upiór był zdecydowanie zbyt śmiały co do Christine, te wszystkie obściskiwania i podobne były zupełnie nie na miejscu.
Przy wznieś się, odpłyń była scena prawie skopiowana z repliki – Upiór stał za Christine, ale tak zupełnie normalnie, i ona w pewnym momencie podniosła prawą rękę, jakby chciała dotknąć jego maski. Wszystko to jednak było o wiele za szybko i wyszło bardzo sztucznie.
Gdy Christine widzi lalkę, to upada na podłogę. I tak sobie tam leży.

Tak, pamiętam była mgła/To i sny przerasta
Pomiędzy Noc muzykę gra a kolejną sceną jest bardzo długa cisza, a to, co się dzieje na scenie jest… dziwne. Nie ma żadnego wygaszenia światła ani nic takiego, Upiór kończy śpiewać, a potem podchodzi do organów i zaczyna grać. Wygląda to wszystko tak, jakby działo się od razu, a nie na drugi dzień rano.
Gdy Upiór gra fragment Stąd odwrotu nie ma już, to organy święcą na różne kolory, wiecie, taki disco Upiór.
Pozytywka nie stoi obok Christine, ale na drugim końcu sceny, więc w sumie to nie wiadomo, dlaczego ona się budzi.
Scena demaskacji jest identyczna jak w filmie, czyli bez sensu. Christine podchodzi do Upiora, on się do niej odwraca, wtedy ona dotyka jego twarzy i wygląda to tak, jakby on myślał, że ona chce go pocałować, no i wtedy ona zdejmuje mu maskę. Jest to tym bardziej bez sensu, bo wcześniej, w Noc muzykę gra, Upiór się odsuwa, gdy Christine próbuje dotknąć jego maski, a teraz nie sprawia mu to najmniejszego problemu.
Wkurzenie jest dość słabe, bo strasznie sztuczne. Upiór chwyta Christine za rękę i rzuca nią o podłogę – yyy… nie wiem, co powiedzieć. To było karygodne.
To i sny przerasta nie wzbudziło we mnie żadnych emocji. Było płaskie.

Czarodziejskie lasso
Gdy zobaczyłam Buqueta Biqueta, to moją pierwszą myślą było o, jednak mają normalny kostium dla Upiora do jego opery.
Scena całkiem do przyjęcia, tylko to dziwne Bique bardzo razi.

Listy I
Tłumaczenie jest koślawe, ale dobra, potem się wypowiem.
Carlotta jest tak jak wcześniej taką karykaturą samej siebie, że oglądanie i słuchanie tego bolało.
Pierwsze Christine po liście od Upiora śpiewa Raoul, nie Meg. Nie rozumiem sensu tej zmiany.
Gdy zaczęło śpiewać więcej osób, to zrobiła się totalna kakofonia.
Carlotta nie wyciągnęła e trzykreślnego. Widocznie nikt w tym spektaklu nie potrafi zaśpiewać tego dźwięku.

Prima Donna
Przebieranie Carlotty w kostium do Il Muto podczas tej sceny nie ma sensu, bo to jest nowa produkcja, oni nie grali tego samego wieczora. W ogóle ta scena jest mocno przerysowana, np. pojawia się balet nie wiadomo po co. A, no i oczywiście znowu jest kakofonia. Nie dało się zrozumieć, o czym śpiewają.   

Il Muto
Rozmowa pomiędzy dyrektorami a Raoulem o tym, kto gdzie usiądzie, rozgrywa się w zupełnej ciszy. Tej zmiany też nie rozumiem.
Ja wiem, że Il Muto to opera buffa, ale tutaj jest zdecydowanie za dużo komizmu. Powiedziałabym nawet, że ta cała scena jest wręcz nabijaniem się z opery. Wiecie, że to jest nudne, stare i jak w ogóle można to lubić (a mi się nóż w kieszeni otwiera).
Sam początek, gdy widzimy Carlottę i Christine (tzn. no, Hrabinę i Serafima) na łóżku w dość jednoznacznej sytuacji, moim zdaniem nie przeszedłby na scenie w XIX wieku.
Don Atillio jest grany przez Piangiego, co jest moim zdaniem sporym naruszeniem, bo Piangi jest tenorem, a Don Atillo ma być basem. Opera to nie musical i tam typ głosu ma ogromne znaczenie, więc takie skakanie po głosach zmienia totalnie znaczenie libretta.
Upiór nie pojawia się nigdzie – ani nad sceną, ani obok, tylko go słychać.
Carlotta w ogóle nie skrzeczy ani nie robi nic takiego, ona po prostu zaczyna fałszować i robić jakieś dziwne glissanda. To nie jest żadna utrata głosu.
Gdy opada kurtyna, to jeden z aktorów z Il Muto zostaje przed nią i robi różne zabawne rzeczy. Pomysł fajny, ale jest to zdecydowanie przesadzone i dlatego w ogóle nie śmieszy.
Balet słaby, choreografia ujdzie, ale nie ma żadnego śmiechu Upiora, nie ma cienia, taka bez wyrazu scena.

Na dach, a dalej gdzie?
Christine wbiega na dach z różą, którą dostaje od Upiora chwilę wcześniej.
Nie widziałam u Christine żadnego strachu, przerażenia ani nic takiego. Były tam niby jakieś emocje, ale było ich za mało i były zbyt słabe, więc ta scena wypadła płasko.

O tyle proszę cię
Na samym początku Christine i Raoul całują się, a w dodatku nie jest to żaden nieśmiały pocałunek, oni się wręcz na siebie rzucają. To jest XIX wiek! Takie coś przed oświadczynami?! Nie wierzę, że ktoś wpadł na to na serio.
Potem mamy bieganie po dachu bez ładu i składu, opieranie się o barierkę, a pod sam koniec, w momencie drugiego pocałunku, widzimy Upiora. No i tu też jestem na nie, bo on powinien się pokazać później, gdy Christine i Raoul zejdą z dachu. Wtedy jest o wiele lepszy efekt fabularny.

O tyle proszę cię – repryza
Christine i Raoul nie zdążyli jeszcze zejść z dachu, a z drugiej strony wolnym krokiem szedł sobie Upiór. To wyglądało tak, jakby nic sobie nie robił z tego, że mogą go zobaczyć. Kolejna totalnie bez sensu scena.
Tutaj znowu nie ma żadnych emocji, nie ruszyło mnie to. A sama scena jest kolejną już kalką z filmu – Upiór podnosi różę, którą zostawiła Christine, i zaczyna śpiewać.
Upadek żyrandola jest słaby i muszę przyznać, że się zawiodłam, bo na nagraniach wyglądało to nawet lepiej niż w replice. Na żywo jednak wypada marnie. Szkoda.

Antrakt
Strasznie rozwleczony, ale przynajmniej było w miarę równo w porównaniu z audio z marca 2014.

Maskarada
Nie rozumiem tej baletnicy na początku, która udaje pozytywkę. A zaraz po tym dorzucili dziwny fragment muzyczny.
Maskarada na sto par – a na scenie pare osób.
Chór oczywiście nie brzmi jak chór operowy.
Choreografia kojarzy mi się z teledyskami popowymi.
Pojawienie się Upiora, czyli Red Death bez Red Death, jest grane w okropnie przyspieszonym tempie. Można odnieść wrażenie, że nagle zaczęło się wszystkim śpieszyć do domu. Z ciekawości sprawdziłam czas trwania tej sceny na jednym z audio i trwa ona 52 sekundy, podczas gdy w replice trwa minutę i dwadzieścia pięć sekund.

Opowieść Madame Giry
Wow, to była najlepsza scena w całym spektaklu! To się bardzo dobrze oglądało! A wszystko dzięki temu, że Madame Giry była bardzo dobrze zagrana.

Listy II
Spośród wielu dziwnych rzeczy w polskim tłumaczeniu, jedną z tych, których najbardziej nie rozumiem, jest kłótnia Carlotty z Christine, a konkretniej nie wolno tak o mnie mówić, które wypowiada Christine. Czy może mi ktoś wytłumaczyć, dlaczego nie wolno? Jedynym wyjaśnieniem, jakie mi przychodzi do głowy, jest to, że patron opery jest narzeczonym Christine, ale nie wierzę w to, że ona by kiedykolwiek to wykorzystała.
No i znowu kakofonia, ale to w końcu ansambl do zaśpiewania, a w tej produkcji nie ma dobrych ansambli.
Nie widziałam strachu u Christine, gdy Raoul opowiedział o swoim planie. Tak naprawdę nie widziałam u niej żadnych emocji.
O, no i kolejne tłumaczenie, które zmienia wymowę kilku kolejnych scen – Christine zgadza się na wystąpienie w operze Upiora podczas Tak czy tak jest źle. A żeby sensu w tym wszystkim było jeszcze mniej, to po chwili Christine wybiega, krzycząc, że jednak tego nie zrobi.
Odgrażanie się Raoula jest mówione bez akompaniamentu. Kolejna zmiana, której nie rozumiem.

Próba
Zaczyna się od rozśpiewki.
Nie zrozumiałam ani jednego słowa z tego, co zaśpiewał chór. Podobnie z tym, co za moment zaśpiewała Christine.
Piangi za bardzo fałszuje, to jest taki strasznie wymuszony komizm.

Szkoda, że cię nie ma ze mną tu
Gratulacje. Gratulacje, że udało im się zepsuć jeden z najpiękniejszych muzycznie fragmentów w całym musicalu. Mowa o partii skrzypiec, które pojawiają się na samym początku sceny na cmentarzu. Tutaj również się pojawiły, ale były też organy, które były tak głośne, że skrzypce zostały zagłuszone.
To siedzenie na ziemi chyba było po to, żeby dodać tej scenie dramatyzmu, ale zastanówmy się, czy to jest realne? Nie sądzę. Nie wydaje mi się, żeby ktoś siadał na ziemi w takiej sukni.
Ogólnie to było to nawet okej, gdyby nie to, że nie widziałam żadnych emocji u Christine od momentu ginie gdzieś przez łzy. Nie było u niej żadnej chęci pożegnania się z ojcem.

Dziecko, ty jesteś tak bezbronna
Gdy zaczyna się trio to oj, znowu mamy kakofonię. Jeśli nie potrafili tego wyćwiczyć na tyle, żeby było dobrze, to mogli przecież zrobić z tego duet.
No i tutaj mamy tę durną scenę z filmu, czyli pojedynek. Najlepsze jest to, że szpady przynosi Upiór. Można z tego wysunąć wniosek, że Upiór nie przyszedł na cmentarz, żeby przekonać do siebie Christine, ale po to, żeby stoczyć pojedynek z Raoulem, a więc prawdopodobnie go zabić. Według mnie, gdyby serio chciał go zabić, to zrobiłby to inaczej i w dodatku tak, żeby Christine się nie dowiedziała, czyja to robota.
Sam pojedynek wygląda na niesamowicie sztuczny. Kończy się oczywiście słynnym nie tak. To jak?!

Don Juan Triumfuje
To jest scena, w której można całkowicie zwątpić. Twórcy chyba zapomnieli, że akcja dzieje się w XIX wieku i wrzucili tutaj coś na kształt współczesnej inscenizacji operowej. To naprawdę wyglądało tak, jakby akcja przeniosła się nagle do XXI wieku. W dodatku cała ta scena wygląda jak burdel. To jedna wielka pomyłka.
Chór znowu nie brzmi jak chór opery, ale to już mnie nie dziwi. Przyzwyczaiłam się chyba.

Stąd odwrotu nie ma już
Kolejna rzecz skopiowana z filmu, czyli od początku wiadomo, że to jest Upiór, a nie Piangi. Nie ma to sensu najmniejszego z wielu powodów. Po pierwsze, powinni go od razu zdjąć ze sceny, tym bardziej, że nie stał blisko Christine, więc nie było ryzyka, że zostanie postrzelona. Po drugie, Upiór nie przyszedł tam po to, żeby sobie z nią pośpiewać na oczach innych ludzi, tylko miał konkretny plan, który robi się nielogiczny, jeśli wiadomo od początku, że to on (a tym planem było porwanie Christine).
Christine nie reaguje w żaden sposób, gdy na scenie pojawia się Upiór. Żadnego zdziwienia, żadnego strachu, nic.
A to, co się dzieje dalej… nie, tego się nie da opisać bez użycia wulgaryzmów. Może dlatego, że scena jest okropnie wulgarna. Jakieś tańce, jakieś obmacywania… To jest straszne.
Scena demaskacji rozwala całkowicie. Upiór sobie śpiewa, a Christine powoli mu odwiązuje maskę. Potem mu ją zdejmuje, a on śpiewa sobie dalej, zero reakcji. Hm, czyżby wygląd nie był dla niego problemem?

Jeszcze raz loch rozpaczy
Upiór i Christine płyną łódką. Nagle zatrzymują się na środku sceny i wychodzą. To wygląda tak, jakby zatrzymali się na środku jeziora i weszli do wody. W dodatku Upiór (tak jak po pierwszej demaskacji) chwyta Christine za rękę i wrzuca ją do jeziora. Utopić ją chciał?
Nie widzimy ani Raoula, ani Madame Giry, ani tłumu. Widzimy tylko Upiora i Christine, którzy siedzą w domu nad jeziorem – Upiór po jednej stronie sceny, niby załamany, Christine po drugiej. Nie ma żadnego zakładania sukni ślubnej.
Tę scenę minimalnie ratuje tylko to, że pod sam koniec Christine wstaje i próbuje uciec. Wygląda to jednak nieco dziwnie, bo wcześniej spokojnie siedziała.

Finał
Mówiąc w ogromnym skrócie, ta scena nie wywołała u mnie żadnych emocji. A jeśli finał nie wywołuje żadnych emocji, to znaczy, że jest bardzo źle.
Początek jest taką jakby kopią z repliki – jest, że tak powiem, rozmowa Upiora z Christine, jest zakładanie welonu, a potem pojawia się Raoul… Niby wszystko okej, ale problem w tym, że tam nie było żadnych emocji.
Gdy Christine śpiewa Nad losem twym rozlałam gorzkie łzy, lecz dziś żałuję każdej z nich, to Upiór od jej pierwszego słowa kręci głową i ma minę nie, to nieprawda, nie mów dalej. Owszem, takie zachowanie ma sens, ale wtedy, gdy Christine skończy to śpiewać, bo przecież Upiór nie był jasnowidzem i nie wiedział, jak ona skończy to zdanie. Zresztą pierwsza połowa zdania, czyli to, że ona płakała nad jego losem, mogła mu dać jakąś nadzieję. Większość aktorów w replice gra to tak, że na tę pierwszą część reagują z nadzieją, a czasami nawet i radością, a zaraz potem pojawia się rozczarowanie. I taka reakcja ma sens.
Potem mamy trio. Pominę już teraz to, że nie mogłam zrozumieć słów, ale w tym spektaklu już tak jest, jak śpiewają jednocześnie więcej niż dwie osoby. To trio jest kompletnie płaskie ze względu na to, co się dzieje na scenie – wszyscy stoją kilka metrów od siebie, patrzą w inną stronę i śpiewają. Nie ma między nimi żadnych interakcji.
Upiór mówi do Christine wybieraj wreszcie, tracisz czas, po czym rozkłada ręce i patrzy na nią. To wygląda tak, jakby wiedział, że ona go zaraz pocałuje i na to czekał. To było wręcz creepy.
Spodobała mi się tutaj reakcja Christine, bo ona najpierw rzuciła krótkie Raoul i spojrzała na niego, jakby szukała pomocy. Po tym małym szczególe widać, że jej decyzja to było poświęcenie się dla niego. Zdecydowanie jest to mój ulubiony moment w tym finale.
A potem były pocałunki. Pierwszy był bardzo dobry, bo dokładnie taki jak w replice (w dodatku słychać było nie! Raoula w tym momencie). Natomiast drugi… nie wiem, jak to skomentować. Upiór się wręcz przyssał do Christine. Wyglądało to strasznie i bardzo nie na miejscu.
Gdy Christine wraca z pierścionkiem, to wygląda to tak, jakby Upiór myślał, że ona chce go pocałować. Ona jednak tylko oddaje mu pierścionek i ucieka. Następnie Upiór śpiewa sam do siebie Christine, ja kocham… I taki sposób najbardziej wzruszająca scena z całego musicalu została położona. Upiór to powinien zaśpiewać do Christine, ważne jest to, żeby ona to usłyszała. Wtedy jej ostateczne odejście jest o wiele bardziej emocjonalne. W dodatku nie rozumiem, dlaczego w tej frazie nie ma cię. Spokojnie dało się je tam wrzucić, a tak to nie wiemy, kogo Upiór kocha. Jasne, może chodzić o Christine, ale może też chodzić o pozytywkę, Carlottę czy słonia z Hannibala.
Podczas ostatniej frazy, którą śpiewa Upiór, znowu pojawiają się organy, które nieco zagłuszają śpiew.
Upiór znika i pojawia się Meg. Nie wiadomo dlaczego jest w stroju baletnicy, przebrała się po drodze czy jak? Bardziej jednak razi to, że znajduje ona zupełnie inną maskę. To nie jest połówka maski, którą nosił Upiór, to jest pełna maska, taka jak w logo. Hm, to może tam był jeszcze drugi Upiór?
To niestety nie koniec niespodzianek, ponieważ musical nie kończy się tak, jak sobie tego życzył kompozytor. Na samym końcu dorzucili krótką melodyjkę graną na organach. Totalnie nie pasuje ona do reszty. Jest to ogromna ingerencja w oryginalną muzykę i nie powinno jej tu być.

To teraz przejdźmy do postaci, scenografii, kostiumów i całej reszty.

Upiór
Zapatrzony w siebie egoista przekonany o własnym geniuszu. Wygląd nie sprawia mu żadnego problemu, ba, może nawet uważa to za swoją zaletę, wiecie, że jest taki oryginalny. Co prawda wkurzył się, gdy Christine zerwała mu maskę w domu nad jeziorem (a gdy zrobiła to ponownie w DJT, to w ogóle nie zareagował, a przecież było tam więcej osób) i nawet się później trochę poużalał nad sobą, ale ja kompletnie nie zrozumiałam dlaczego. Nie widziałam w ogóle u niego konfliktu wewnętrznego, który jest tak ważny w przypadku tej postaci. Dlaczego on ukrywał w tej piwnicy? Czego on chciał od Christine? Sądząc po drugim pocałunku w finale, to może chciał ją tylko zaciągnąć do łóżka, ale też jest to za mało podkreślone. Krótko mówiąc, postać-zagadka, interpretacji brak.

Christine
W przypadku tej postaci bardzo ważne jest, żeby pokazać, jak ona dojrzała w trakcie trwania spektaklu. Christine w finale to już nie ta sama osoba, którą była podczas swojego debiutu. Niestety w tej wersji tego nie widać. Jednak ogromnym plusem jest to, że jest pokazane, że ona naprawdę kochała Raoula i jej decyzja w finale to było poświęcenie dla niego. I ze względu na to, jestem w stanie wybaczyć nawet ten brak emocji przez cały spektakl.

Raoul
Młody, zakochany w Christine chłopak, który chciał ją ratować. Tutaj naprawdę nie ma się do czego przyczepić.

Dyrektorzy
Dyrektorzy są postaciami komediowymi, ale musi to być przedstawione z umiarem, bo Phantom of the Opera to nie komedia. Tutaj byli stanowczo zbyt komediowi i to raziło.   

Carlotta
Ja to może skomentuję cytatem z książki Lerouxa:
La Carlotta była pozbawiona i serca, i duszy. Stanowiła tylko instrument! Instrument z pewnością doskonały. (…) Jak dotąd nie usłyszano ani jednego fałszywego tonu w jej śpiewie, nigdy jej głos nie słabł, nawet przy najtrudniejszych pasażach jej ogromnego repertuaru. Mówiąc krótko, instrument był przedni, o wielkich możliwościach i zadziwiającej dokładności.
Czyli podsumowując, Carlotta śpiewała wybitnie od strony technicznej, ale jej problemem było to, że brakowało w tym wszystkim serca i taką właśnie Carlottę widzimy w wersji replica. Natomiast to, co zrobiono z tą postacią w polskiej wersji, jest straszne. Okropnie przesadzona karykatura, w dodatku fałszująca tak, że gorzej być nie może. Wiele jej reakcji było komicznych bardzo na siłę, a więc nie śmieszyło, a żenowało. Carlotta może i jest stereotypową prima donną, ale to nie ma być karykaturalne.

Piangi
Podobnie jak w przypadku Carlotty, karykatura. Co prawda mniejsza, ale nadal karykatura.

Madame Giry
Najlepiej zagrana i najlepiej zinterpretowana postać w całym spektaklu. Aktorce należą się ogromne gratulacje. Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że była lepsza od wielu aktorek, które grały tę postać w wersji replica. Brawo!

Meg Giry
Była w porządku, nie mam jej nic do zarzucenia.


Scenografia
Pierwszą rzeczą, jaka mi się rzuciła w oczy, to fakt, że na żywo wygląda po prostu tandetnie.
Próba Hannibala i Wspomnij mnie nie wypadają najgorzej. Garderoba Christine też mi się podobała, za wyjątkiem lustra, które wyglądało jak portal. Przecież w garderobach stoją zupełnie normalne lustra, nie rozumiem, dlaczego tutaj takiego zabrakło. O utworze tytułowym napisałam wyżej, więc się nie będe powtarzać i od razu przejdę do domu nad jeziorem. Tam było za dużo schodów! Organy były nawet w porządku, gdyby nie to, że niektóre szczegóły były dziwne, no i fakt, że one świeciły! I to na różne kolory! Drażniło też nieco wiele steampunkowych elementów w scenografii. Moim zdaniem one tam nie pasują. Gabinet dyrektorów wygląda tak, jakby się przenieśli do foyer, ale nie jest źle. Il Muto też jakoś szczególnie nie razi. Bardzo ładny był dach, który faktycznie wyglądał jak kopia dachu Palais Garnier. Schody w maskaradzie faktycznie są ładne, ale robią wrażenie niestety tylko na zdjęciach. Przez całą scenę okropnie się trzęsły. Cmentarz wyglądał jak cmentarz, więc w porządku. Natomiast Don Juan Triumfuje… Jak już mówiłam, tam się akcja przeniosła nagle do XXI wieku, więc mamy czerwoną sofę, jakieś dziwne figury… taki współczesny burdel.

Kostiumy
Tutaj to samo, co w przypadku scenografii, widać, że kostiumy są marnie wykonane. Ale to, co razi najbardziej to fakt, że są one nieepokowe. Akcja ma miejsce w 1881 i w 1882, wtedy się już nie nosiło krynolin! Nie przeszkadza to jednak Christine w nich biegać. Nie było ją stać na turniurę czy co? Carlotta natomiast nosi kostiumy z końcówki XIX wieku. Wow, wyprzedziła epokę. Kontrast w kostiumach idealnie widać w trakcie próby do DJT. Christine ma na sobie krynolinę, Carlotta suknię, która pojawi się dopiero za kilka lat, a żeńska część chóru wygląda, jakby w ogóle nie miała kostiumu, bo mają na sobie zwykłe t-shirty. Parę scen później, w trakcie DJT, Piangi wygląda, jakby aktor wszedł na scenę w swoich prywatnych ciuchach. Czarno-biała maskarada również wygląda raczej jak współczesna impreza. Swoją drogą, to Raoul i Christine złamali dress code i przyszli w innych kolorach, coś takiego nie powinno mieć miejsca. A skoro już jesteśmy przy maskaradzie, to trzeba wspomnieć o Red Death albo raczej o jej braku. Pojawienie się Upiora bardzo traci na znaczeniu, jeśli ma on na sobie inny kostium. Leroux, pisząc swoją książkę, chciał tym kostiumem nawiązać do The Masque of the Red Death Edgara Allana Poego. I faktycznie jeśli zintepretujemy pojawienie się Upiora pod kątem tego opowiadania, to ta scena ma o wiele mocniejszy wydźwięk.
Nie rozumiem braku sukni ślubnej w finale, tym bardziej, że ta suknia była zaprojektowana i uszyta, tylko wisiała na manekinie. Jeśli problemem były finanse, to mogli Christine dać jedną suknię do Listów II i sceny na cmentarzu.
Zastanawiam się również, czy stroje baletnic w Hannibalu przeszłyby w XIX wieku, bo coś mi się wydaje, że pokazywały zbyt wiele.

Orkiestracja
Nie rozumiem do końca dorzucania wszędzie tych fragmentów instrumentalnych z filmu, których nie ma w wersji scenicznej. Film jest zupełnie innym medium i tam one się sprawdziły, natomiast w teatrze nie mają sensu, zresztą napisałam o tym wyżej. Druga sprawa to te wszechobecne organy. Zostały wrzucone, gdzie się tylko dało. Mało ważne, że czasami zagłuszały one śpiew albo inny instrument (skrzypce na cmentarzu!). Nie wiem, może chcieli się pochwalić, że mają prawdziwe organy w operze. Kolejna sprawa to bardzo dziwna sekcja perkusyjna, a raczej jej bardzo dziwne nagłośnienie. Najwyraźniej było to słychać w drugiej części uwertury, gdy zbyt wyraźna sekcja perkusyjna zrobiła z tego utworu disco.
Nie rozumiem, dlaczego większa część spektaklu była grana w okropnie zwolnionym tempie. Takie wręcz molto largo. Niektóre frazy były tak rozciągnięte, że ciężko było zrozumieć, o czym śpiewają aktorzy. Co ciekawe, niektóre sceny były dziwnie przyspieszone, np. Why so silent.

Tłumaczenie
Najchętniej zrobiłabym dokładną analizę tego tłumaczenia, żeby wskazać wszystkie błędy, ale dzisiaj wypiszę tylko te najważniejsze.
Kompletnie oderwana kadencja we Wspomnij mnie. Nieodróżnienie mianownika od wołacza – Upiór w garderobie i na cmentarzu zwraca się do Christine Aniele Muzyki, czego w tym tłumaczeniu kompletnie nie ma (Jestem Aniołem Muzyki, chodź do Anioła Muzyki). Źle akcentowane słowa, np. opera w utworze tytułowym – mamy to Upiór tej oPEry, a przecież akcent powinien być na O. Rozciągniete sylaby w wielu miejscach, aby tylko jakoś się dało to zaśpiewać. Dziwne porównania (tak prawdziwą jak wiosenny wiatr). Ogromna zmiana znaczenia libretta – Christine zgadza się zaśpiewać w DJT podczas Listów II. Brak cię w ja kocham…, które śpiewa Upiór. Upoetycznianie tekstu na siłę – zamiast Muzyki nocy mamy Noc muzykę gra, a w dodatku jest to pornograficzny tekst (Lekko, zwiewnie noc odsłania czary, weź ją, wchłoń ją – przeczuj jej rozmiary). W wielu miejscach tłumaczenie nie zgadza się z oryginalnym librettem, co psuje znaczenie i interpretacje.
Nie rozumiem też, dlaczego postanowili przetłumaczyć tytuł z błędem, podczas gdy utwór tytułowy ma tłumaczenie w miarę poprawne – Upiór (tej) Opery.
Przetłumaczenie tego libretta porządnie było możliwe, więc to nie jest tak, że język polski jest zbyt trudny. Tak się składa, że istnieje również nieoficjalne tłumaczenie, które jest naprawdę bardzo dobre, szkoda, że nie zostało wykorzystane.

W całym spektaklu najbardziej w oczy rzuca się brak logiki i sensu, a często również i interpretacji postaci. Wygląda więc na to, że zabrakło tam reżyserii i to podstawowej reżyserii. Kompletnie nie można zrozumieć motywacji poszczególnych postaci, a niektóre z nich zostały w okropny sposób przedinterpretowane. Z tego powodu nie oceniłam aktorów, bo podejrzewam, że oni by to potrafili dobrze zagrać, ale niestety musieli się stosować do wskazówek reżysera albo raczej ich braku. Jestem jednak pewna, że gdyby kilka osób z polskiej produkcji przenieść do repliki, gdzie mieliby okazję popracować z dobrymi twórcami, to nie tylko byłoby to naprawdę dobre, co mogłoby być lepsze od wielu kreacji, które w wersji replica były. Wracając jednak do polskiej produkcji, to myślę, że gdyby ktoś to wyreżyserował z pomysłem, to mogłoby wyjść coś naprawdę fajnego i nawet dałoby się znieść te kostiumy czy scenografię, bo one są tylko otoczką. Tym, co się najbardziej liczy w spektaklu, jest historia i to logiczna historia, a tutaj jej zabrakło.

Nigdy nie myślałam, że zobaczę coś, co będzie mnie naprawdę bolało psychicznie i fizycznie (nie przesadzam w tym momencie). Jadąc do Białegostoku, miałam nadzieję, że może mi się spodoba, ale się rozczarowałam. To jest naprawdę zły spektakl i cieszę się, że już kończą go grać oraz liczę na to, że ta produkcja nigdy nie zostanie wznowiona. Polska wersja smuci mnie nie tylko z powodu tego, że jest profanacją, ale również dlatego, że odebrała ona innym teatrom w naszym kraju możliwość zrobienia tego dobrze. Nie mówię może o wersji replica, bo to jest raczej na razie w Polsce nierealne, ale wierzę, że można zrobić lepszą non-replikę. Coś, co nie będzie a disaster beyond imagination.


fot. M. Heller